Dwie, blisko siebie umieszczone rocznice mogą mylić, zwłaszcza młodych oraz niezorientowanych. A takich jest dużo, bo nadal 37 proc. nie wie dokładnie o co w nich chodzi.
Bo fakt obalenia muru berlińskiego znamy od dwudziestu lat i dla Polaków niewiele to znaczy, bo u nas ten symboliczny mur zawalił się wcześniej, bo to od naszej strony pojawiła się tam pierwsza wyrwa w murze.
Podobnie jak z rocznicą Niepodległości. I to nic, że sięga czasów sprzed 91 lat, skoro obchodzono ją dopiero od 1937 roku i to krótko, a właściwie świętujemy od 1989. Obydwa wydarzenia mieszają się, mając jeden mianownik – niepodległość.
20 lat temu, kiedy mur już kruszał i padał, ale jeszcze był ostoją starego świata, byłem w Spale, dokąd przybywali mieszkańcy NRD, by stamtąd wyruszyć do nowego świata. Pisałem artykuł o wschodnich Niemcach przyjeżdżających czym się dało do Polski (bo w tę stronę było wolno) i czekających na przedostanie się do ambasady RFN w Warszawie, by stamtąd samolotem dostać się na Tempelhof lub dalej (to był wtedy jedyny sposób na ucieczkę).
I natychmiast w Spale pojawili się „solidarni w sprawie” Polacy, by dobrze sprzedać zachodnie marki, dobrze kupić wschodnie lub bardzo tanio odkupić porzucane (nie można było zabrać ich do samolotów) trabanty czy skody.
To przykry incydent naszego zjednoczenia z Europą, choć wiele osób przychodziło także z zupą, kocami i wsparciem. Wir sind ein Volk (jesteśmy jednym narodem) – mówią dziś Niemcy. A my wciąż skłóceni.
Przeszacowały trochę swoje możliwości władze Pekinu decydując się na sprowadzenie deszczu przy pomocy samolotów i środków chemicznych. Były obfite opady, ale... śniegu, co bardzo zdenerwowało pekińczyków, u których sezon grzewczy zaczyna się dopiero 15 listopada. Wystraszone władze nakazały więc władzom komunalnym ogrzewanie Pekinu za darmo, by udobruchać zmarzniętych.
Znana amerykańska sieć marketów Wal-Mart rozpoczyna testową sprzedaż artykułów funeralnych. Na pierwszy ogień idą trumny. Każdy z klientów będzie mógł teraz wybrać odpowiadający mu wzór i go zamówić. Niektórzy się oburzają, ale co tam skoro w tej chwili roczne obroty w branży pogrzebowej sięgają 11 miliardów dolarów.
U nas mamy tylko nowo powołaną komisję śledczą od hazardu i jest to chyba hazardowe posunięcie. PO chce by zakończyła prace już w lutym, ale opozycja wolała by nad tematem podeliberować jak najdłużej.
To jakby zrobić ucho w środku kubka, taki będzie efekt pracy komisji – wieszczy Stanisław Żelichowski z PSL. A PO ma żal do posłów PSL, którzy podczas głosowania nad powołaniem komisji ds. afery hazardowej podnieśli ręce za poprawką PiS zakładającą zbadanie ewentualnego przecieku z Kancelarii Premiera.
W Piotrkowie o wiele skromniej, bo czymże jest decyzja o ogłoszeniu przetargu na sprzedaż budynków przy ZSP nr 2 przy ul. Dmowskiego. Protest pewnie znów będzie ale może czasem lepiej, żeby kubek miał oderwane ucho niż ucho w środku.
Jeszcze chwilę o IG Noblach, bo nie zawsze to takie głupie, jak nienobliści uważają.
Biologicznego Ig-Nobla doczekali się: Fumiaki Taguchi, Song Guofu i Zhang Guanglei z japońskiego uniwersytetu Kitasato w Sagamiharze. Dzięki wykorzystaniu lubiących wysokie temperatury (termofilnych) bakterii z odchodów wielkiej pandy udało się zmniejszyć masę kuvhennych odpadów o ponad 90 procent.
Nieco gorzej robi się z tzw. cudem w Sokółce. Teraz, gdy cud ogłoszono cudem, Uniwersytet Medyczny w Białymstoku odcina się w oficjalnym stanowisku od wyników badań, które zostały przeprowadzone przez pracowników tej uczelni w sprawie tzw. cudu w Sokółce (Podlaskie) – poinformował rzecznik tej uczelni. Może być to temat dla nowych badań nowych IG noblistów. A to nie koniec. Kosmolodzy Andrei Lindle i Vitaly Vanchurin z Uniwersytetu Stanforda twierdzą, że liczba istniejących wszechświatów jest zależna od zdolności ludzkiego umysłu. Ile więc może być równoległych wszechświatów? Nie może istnieć więcej kosmosów niż informacji, które może zgromadzić ludzki umysł. 10 do potęgi 10 do potęgi 16 – taką informacyjną pojemność ma nasza głowa. Więcej niż toy-toy.
I co się dziwić, że japońskie linie lotnicze Air Nippon będą prosiły pasażerów, aby skorzystali z toalety przed wejściem na pokład samolotu. Gdyby połowa pasażerów zastosowała się do tego zalecenia, emisja dwutlenku węgla przez samoloty Air Nippon Airlines (ANA) zmniejszyłaby się o 4,2 tony miesięcznie – szacuje przewoźnik.
Chyba sam się zacznę podsłuchiwać, skoro staje się to czynnością tak powszechną, że każde dziwne zachowanie się komórki ma podobno zdradzać możliwość podsłuchu. W niektórych aparatach nawet kiedy jest wyłączony i nie ma karty SIM. Sam się podsłucham, będę wiedział o czym mówiłem i będę miał władzę. Przynajmniej nad sobą.
Jak pisze Puls Biznesu, przestępca i blisko znajomy jednego z najgroźniejszych polskich gangsterów Krzysztof M. w 2006 roku znalazł się we władzach spółki Optimus. Mieli oni dodrukować do oryginalnego tekstu uchwały elementy sugerujące zgodę rady na emisję prywatną. Wiedza daje władzę, a władza może dużo.
Z kolei mer Moskwy Jurij Łużkow obiecał mieszkańcom stolicy Rosji, że tej zimy nie spadnie tam ani jeden płatek śniegu – informuje serwis Time. Rozpoczęcie operacji zaplanowano na 15 listopada i ma ona potrwać do 15 marca. Rosyjskie samoloty będą rozpylały sproszkowany cement, suchy lód i jodek srebra. Drogo, ale czego się nie robi, mając władzę i nieswoje pieniądze.
Można kupić nawet patriotyzm. Białoruś i Litwa wydadzą 6 mln dolarów na produkcję filmu pokazującego ich wersję bitwy pod Grunwaldem – pisze „Gazeta Wyborcza”. Decyzję podjęły ministerstwa kultury obu krajów. Niewykluczone więc, że zwycięzcą z 1410 roku okaże się nie król Władysław Jagiełło, uważany zwłaszcza na Białorusi za zdrajcę, lecz wielki książę Witold, patriota Białorusi i Litwy. Nasz patriotyzm w przyszłorocznych obchodach w Wolborzu i Sulejowie będzie tańszy.
Od kiedy Barrack Obama otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla za kolejne zamiary zbrojnej walki o pokój, to myślę, że teraz, już na spokojnie, powinien jeszcze otrzymać np. Oskara, bo kto wie czy jeszcze kiedyś jakiegoś filmu nie nakręci. I szkoda, że nagroda taka nie jest przyznawana i w innych kategoriach. Bo mając laureata w dziedzinie polskiej piłki nożnej nie musielibyśmy wstydzić się prywatnie i indywidualnie, bo przecież nie na stadionie, za naszych piłkarzy – milionerów. Mając laureata wiedzielibyśmy w jakim kierunku zmierza polska piłka.
podczas wręczenia Ig-Nobel stawił się laureat pokojowej nagrody Stephan Boliger – w imieniu swoim oraz współpracowników (Steffen Ross, Lars Oesterhelweg, Michael Thail i Beat Kneubuehl z uniwersytetu w Bernie). Wspónie przeprowadzili eksperymenty, by ustalić, czy niebezpieczniejszy jest cios w głowę pustą butelką po piwie, czy też pełną butelką. Okazało się, że w obu przypadkach może dojść do złamania kości czaszki, ale pusta butelka może uderzyć mocniej nie pękając. Badania mają ponoć duże znaczenie dla wymiaru sprawiedliwości. Także boiskowego.
Kto kogo trafił butelką podczas wczorajszej sesji? (czytaj na str. 3) Najgorzej pewnie wyszedł na tym sam inwestor i inni z pomysłem i pieniędzmi. Polityczne rozgrywki nie służą inwestorom, ale nie wszyscy chcą o tym wiedzieć.
Na lotniskach już podglądają pasażerów, oglądając ich nago. Podobno dla celów bezpieczeństwa. Nobel z okulistyki murowany.
Obserwuję spektakl wręczanie nagród Nobla w różnych dziedzinach, choć bardziej ciekawe są dokonania w kategorii Ig-Nobel (po angielsku wymawia się „ignoble”, czyli niegodny), poprzedzający to wydarzenie. Wprawdzie nie ma nagrody Nobla w dziedzinie matematyki, bo Alfred Nobel, zdradzony przez żonę z matematykiem, zakazał przyznawania nagród w tej kategorii, ale dla IG nie jest to obowiązujące.
Otóż nagroda w dziedzinie matematyki przypadła Gideonowi Gono, kierującemu Bankiem Rezerw Federalnych Zimbabwe. Dzięki jego wysiłkom mieszkańcy tego kraju mają na co dzień do czynienia z liczbami używanymi głównie przez astronomów. Niezwykle szeroki zakres tamtejszych nominałów sięga od jednego centa do 100 bilion ów tamtejszych dolarów (po angielsku bilion to trillion, co brzmi jeszcze efektowniej). Poziom inflacji w Zimbabwe wynosi 231 milionów procent. Gdzie mu do Balcerowicza.
A kto weźmie pierwszą nagrodę za ustawy antyhazardowe? Paru kandydatów już opuściło szeregi rządu, ale to wcale nie musi być koniec.
U nas hazardową zagrywką są losy inwestycji w hali na Batorego. Ile jest prawdy w doniesieniach o ostatecznym przeznaczeniu obiektu? Czy miejsce do grania stanie się miejscem do tańczenia?
Ale najlepszą nagrodę w dziedzinie literatury przyznano irlandzkiej policji (An Gardia Siochana).Mistrzowie pióra wypisali ponad 50 mandatów tajemniczemu piratowi drogowemu o polsko brzmiącym nazwisku „Prawo Jazdy”.
Jeszcze w środę nowy p.o. prezes telewizji Bogusław Szwedo oraz członek zarządu Małgorzata Wiśnicka-Hińcza obradowali w siedzibie KRRiT, a Piotr Farfał – w budynku TVP. Oba zarządy wydawały w tym czasie uchwały (Szwedo m.in. dyscyplinarnie zwolnił Farfała), których wzajemnie nie uznawali. Teraz już wiemy, że Szwedo pokonał Farfała, ale czy mamy z tego się cieszyć?
Kto oceniał projekt stadionu Concordii? Nikt się do tego nie przyznaje, ale kto kogo ostatecznie pokonał?
Tylko 5 franków szwajcarskich dziennie przysługuje reżyserowi Romanowi Polańskiemu, przebywającemu w szwajcarskim areszcie za zarzut o gwałt na 13-latce na zakupy w więziennym sklepie – alarmują media. Alarmują też krajowi i światowi artyści, że to niegodne wielkiego reżysera, by po 32 latach od wydarzenia nadal być ściganym przez amerykańskie prawo.
Krzysztof Zanussi po początkowym bagatelizowaniu sprawy nie jest już tak pobłażliwy. Pewnie oglądał „Barwy ochronne”. W przeciwieństwie do Kazimierza Kutza, który obawia się, że Polański nie wytrzyma więziennej presji, bo nadal jest małym, trzęsącym się chłopczykiem i się załamać. Kto wygra?
A co mógłby powiedzieć 45-letni mieszkaniec Wiednia, który zginął pod ciężarem ponad 400-kilogramowego marmurowego ołtarza, kiedy wkrótce po wyswobodzeniu z zaklinowanej między piętrami windy przepełniony wdzięcznością udał się do pobliskiego kościoła?
Zawrzało, kiedy prezydent zaproponował wprowadzenie podatku od zalegalizowanej prostytucji, co mogłoby przynieść do budżetu dodatkowe 100 mln euro. Media podają, że w kraju prostytucję uprawia od 20.000 do 40.000 kobiet, a od 10.000 do 20.000 kobiet trudni się płatnym nierządem za granicą. No proszę jaki potencjał gospodarczy, tyle że w odległej i niedalekiej zarazem Rumunii A przecież Polska jest większa.
Zawrzało, kiedy szeregi rady nadzorczej MZGK zasilił Sylwester Łopatowski, były prezes gospodarki komunalnej miasta, a w lokalnym radiu zarzucił szefowi związków zawodowych Januszowi Wiernickiemu, straszenie pracowników przed głosowaniem nad tą kandydaturą. Na tym pewnie się nie skończy i będziemy mieć ciąg dalszy wrzenia, bo też idzie tu o budżet. Także spółki, ale i prywatny... Dziś mają rozpocząć się pierwsze rozmowy z kandydatami na szefów nowej spółki od wody i kanalizacji i pewnie nie będzie to długotrwała procedura, bo czasu nie ma, jeśli chcemy mieć pewność, że 1 stycznia do naszych domów nadal płynąć będzie woda.
Zawrzało, kiedy okazało się, że Alicja Tysiąc wygrała sprawę w sprawie aborcji, a jeszcze ma otrzymać 30 tysięcy odszkodowania. Zawrzało i wrzeć będzie, bo nie względy medyczne stały się tu najważniejsze. Kwestie moralności i wiary biorą górę nad medycznymi i tu już otworzyło się pole działalności polityków, czasem zanadto przepełnionych moralnością. Jak prezydent Rumunii.
Ernie Chambers, senator stanowy z Nebraski, pozwał Boga do sądu. Chciał uzyskać nakaz sądowy, który zapobiegłby „śmierci, zniszczeniu i terroryzowaniu”. Sędzia odrzucił wniosek, ponieważ pozwany nie ma adresu, na który można by dostarczać pisma procesowe – informuje BBC.
U nas jest łaskawiej. Nie będzie tarczy antyrakietowej, o czym powiedzieli nam Czesi. Adres źródła tej informacji jest nadal nieznany i choć wiemy, że to Amerykanie to nie mamy śmiałości zapytać i potwierdzić plotek lub decyzji.
Po miesiącu deliberowania okazało się, że emeryci jednak nie będą musieli pożegnać się z listonoszem i zakładać sobie kont na emerytury i wózkami śmigać do bankomatów. Adres pomysłodawcy tego projektu jest jednak wciąż nieznany.
Uspokoiłem się też, że nie będzie podatku od życzliwości, czyli pomocy sąsiedzkiej. Drobne usługi świadczone sobie nawzajem – wśród znajomych czy w ramach tzw. banków czasu – nie są opodatkowane. Podatek powinniśmy jednak zapłacić, gdy korzyści osiąga tylko jedna ze stron – przypominają urzędnicy skarbowi, uspokajając zarazem, że fiskus nie zamierza opodatkować sąsiedzkich usług.
Czemu ktoś wpadł na taki pomysł – nie wiadomo.
Takich braków nazwisk autorów lub ich adresów jest więcej ale nikt nie ponosi odpowiedzialności za wymyślane bzdury. Dlatego Chambers, który od 38 lat jest senatorem stanowym, powiedział, że złożył pozew, by pokazać, że każdy może pozwać każdego. Nawet jeżeli pozwany jest Bogiem.
Kiedy nawiedzą nas trzy dziewiątki czeka nas kataklizm i powodzie – ostrzega jasnowidz z Kłodzka. Niestety nie doczekał tej daty, ale przepowiednia pozostała. Nie wiedział pewnie o tym Leo Beenhakker i wyszło, jak wyszło.
U nas, w Piotrkowie, 9 września było nad wyraz spokojnie, choć w centrali już gorzej. Fatalnie wpadli szef ZUS i jego kompani, afera się rozszerza, a premier Tusk mówi, że... miał pewne sygnały już w maju, ale... nie mógł ich użyć. Może był w maju chory?
Obiecał tego samego dnia nowego szefa ZUS, ale będzie za dwa tygodnie. Poczekamy i zobaczymy co on zobaczy na nowych marmurowych włościach. Jak dotąd nikt z nowo nastających szefów nie krzyknął o przeroście firmy. Bo i po co?
Trwa akcja sprawdzania toksyczności prezentów oraz toksyczności trawy na Orlikach. Zasygnalizował o tym Jan Tomaszewski, ten, który uratował nas przed Anglią. Przed Irlandią Płn. i Słowenią już nie.
Osobiście nie otrzymałem niestety żadnych podejrzanych darów, o Orliku nie wspominając, ale myślę sobie, że może to i lepiej. Zwłaszcza, gdyby to był prezent od przyjaciela, przekazany 9.09.
Bo czy najlepszy przyjaciel potrafi zobaczyć w lustrze samego siebie? Do tej pory, poza ludźmi, udało się udowodnić występowanie takiej umiejętności wyłącznie wśród delfinów, małp człekokształtnych, słoni azjatyckich i europejskich srok. Aż tu nagle taki pasztet. Pies nie widzi się w lustrze. Też mi przyjaciel.
Austriackie miasteczko, którego głównym przyczynkiem do sławy jest fakt, że niegdyś załatwił w nim swoją potrzebę fizjologiczną sam Wolfgang Amadeusz Mozart, organizuje festiwal dla uczczenia tego doniosłego wydarzenia.
U nas zaś powstać ma w Centrum Informacji Turystycznej z najprawdziwszego znaczenia, ze sprzętem, ulotkami i obcymi językami. Wprawdzie jest już jedno Centrum, przy PTTK, ale to ma być jego istotnym uzupełnieniem. I to po sąsiedzku. Niektórzy mówią, że PTTK ma przewodników ale nie ma języków, a w nowym Centrum może być odwrotnie. Może warto podjąć się wspólnej organizacji, by móc usłyszeć jak w Raschala, że w 1787 roku Mozart przejeżdżał przez nasze miasto i poprosił woźnicę o postój, ponieważ chciał zrobić przy drodze siusiu. Oczywiście z apelem, do turystów, aby nie robili tego samego przy naszym pamiątkowym obelisku i okazali nieco więcej szacunku temu wybitnemu człowiekowi.
W Austrii okazuje się, że wcale nie jest ważne, że całą historię z Mozartem wymyślono. Profesor Leierer wymyślił w 1975 roku to zdarzenie, kiedy podczas spotkania z przyjaciółmi przy piwie zaczął lamentować na temat braku ciekawych pomników w mieście. Rok później w Raschala stanął kamień upamiętniający p0byt Klasyka, a miejscowa izba turystyczna postanowiła zorganizować festiwal muzyczny na cześć jego krótkotrwałego pobytu w miasteczku.
Mieliśmy niedawno Łzy św. Walentego z gwiazdozbioru Perseidy, a teraz czeka nas aktywność gwiazdozbiorów Woźnicy, Perseusza, Barana i Kasjopei. Tak przynajmniej zapowiadają fachowcy od gwiazd z PAN. Wystarczy tylko w porę wypowiedzieć życzenie i powinno się spełnić.
Chyba podejmę się tej fascynującej czynności. Szansa na to jest od wtorku spora, bo w naszej szerokości geograficznej może być tego 10 życzeń na godzinę, z kulminacją lub też wielką kumulacją 1 września, o godz. 3.
Nie trzeba jednak zawsze patrzeć w niebo, by zobaczyć zawirowania wokół dyrektora biblioteki, gdzie związki zobaczyły pismo o ewentualnym odejściu szefowej, a zainteresowana jeszcze nie. Takie są procedury i żaden Woźnica czy Perseusz nie będzie nam w gwiazdach mieszał.
Niektórzy widzieli już w gwiazdach boisko Orlik, który może jednak nie dolecieć, bo procedury przetargowe się przeciągają i sprawa może przepadnie.
Podobnie jest z przebudową ul. POW, która wyleciała z projektu Szlaku Wielu Kultur, na czym skorzystały niektóre ulice Starego Miasta.
Patrzmy więc w gwiazdy i szepczmy życzenia bo potrafią one sprawiać niespodzianki. W roku 2007 w Ameryce Północnej donoszono o aktywności przekraczającej 100 meteorów na godzinę! To dopiero byłby szok, gdyby spełniły się choć jedno życzenie piotrkowianina. 80 tysięcy.
W poniedziałek zakończyła się kampania wyborcza w Afganistanie, a wczoraj zakończyły się same wybory. Nie znam rzecz jasna wyników (piszę to we czwartek) ale płynie stamtąd dosyć istotne przesłanie. Otóż, aby każdy z 17 mln Afgańczyków miał możliwość zadecydowania o swojej przyszłości, na terenie kraju zmobilizowano 3 tysiące osiołków.
Myślę, że jako większy kraj jesteśmy w stanie zmobilizować choćby trzy razy więcej osiołków.
Marzeniem wielu jest zostać sekretarką w Wojewódzkim Inspektoracie Ochrony Środowiska w Krakowie. Dużym marzeniem, skoro zgłosiło się 587 chętnych, w tym absolwenci wyższych studiów z certyfikatami potwierdzającymi znajomość dwóch języków obcych.
I zrodził się problem. Teraz WIOŚ będzie miał poważny kłopot z wyborem jednej osoby, bo z każdym kandydatem spełniającym warunki trzeba przeprowadzić rozmowę kwalifikacyjną. Przesłuchanie ponad pół tysiąca osób może trwać tygodniami.
Może załatwić sprawę alfabetycznie, jak to zrobiono z Moniką Pyrek, wicemistrzyni świata w skoku o tyczce. Zajęła drugie miejsce ex aequo, ale medalu zabrakło, bo przypadł zawodniczce z przodu alfabetu.
Dlatego prościej byłoby podczas wyborów wpisywać na listy tylko tych z przodu alfabetu, od A do B, o przepraszam, do C, oj sorry, do D. I wtedy liczba osiołków nie musiała by być tak duża.
Co dzieje się z dźwiękiem, którego czas dobiegł do końca i nie jest już słyszalny oraz jak i czy w ogóle, można usłyszeć go ponownie bez wcześniejszego zarejestrowania.
To pytanie drąży wielu, którzy doświadczyli przykrości wysłuchania czyjejś wypowiedzi i nie mogąc udowodnić, że tego wysłuchali. Ktoś coś chlapnął i sobie poszedł i tyle.
Stąd rozmaite pomówienia bez udowodnienia, szkalowania bez udokumentowania itp. Kiedy sąd nie ma dowodów to nic z tego.
W piątek sąd uniewinnił Dariusza Dzwonnika, prezesa Concordii od zarzutów, pomówienia jakie postawił mu Stanisław Sipa, prezes Okręgowego Związku Piłki Nożnej. Niestety, sąd nie zgodził się na odtajnienie motywów wyroku.
I nikt, poza zainteresowanymi stronami nie wie dokładnie o co właściwie idzie. Gdyby można było dokładnie odtworzyć wszystkie wypowiedzi na ten temat byłoby prościej.
Podobno minister Sikorski miał w listopadzie 2008 r. podczas półoficjalnych spotkań żartować, że Obama ma polskie korzenie, bo jego dziadek zjadł kiedyś w Afryce polskiego misjonarza. Prokuratura zaś uznała, że nie ma danych wskazujących, czy w ogóle taka wypowiedź padła z usta Sikorskiego.
Guglielmo Marconi, jeden z wynalazców radia, twierdził, że możliwy jest odbiór wszelkich wypowiedzianych w przeszłości dźwięków, do czego trzeba tylko skonstruować odpowiednio czułe przyrządy. Poprosimy o te przyrządy, zamiast tarczy.
Zdaniem amerykańskich naukowców, w ciągu 10 lat powstanie w pełni funkcjonalny sztuczny ludzki mózg. Takie rewelacje ogłosił Henry Markram, dyrektor Blue Brain Project, podczas międzynarodowej konferencji TED w Oxfordzie.
To byłoby ekstra, bo może wtedy wydało by się kto tak naprawdę kupił polskie stocznie? We wtorek miał się formalnie zakończyć proces prywatyzacji dwóch polskich stoczni – gdyńskiej i szczecińskiej. Nie udało się sfinalizować transakcji z powodu tajemniczego listu do równie tajemniczego inwestora. Kluczowe części majątku produkcyjnego obu zakładów wejdą w skład nowej spółki Polskie Stocznie SA, która została zarejestrowana 21 lipca w Warszawie. Czyli do kogo? Tu już fantazja bierze górę nad rozsądkiem, choć w ramach poszukiwań tajemniczego inwestora polskich stoczni pojawiły się tak nieprawdopodobne wątki, jak zamieszanie w sprawę Mosadu, który przez podstawione firmy miał kupić stocznie w Szczecinie i Gdyni. Dlaczego termin zakończenia transakcji przesunięto na sierpień?
Sztuczny mózg byłby pewnie obiektywny i nr 17 nie byłby dla niego pechowy jak dla prezydenta, który zamienił apartament 317 w Chorwacji na inny pokój.
- Budowa sztucznego mózgu nie jest niemożliwa i możemy dokonać tego w ciągu 10 lat. Jeśli już nam się uda, wyślemy na konferencję hologram, aby za nas wystąpił – zapewnia Markram. Może więc i podczas innych spotkań wystarczy hologram?
Polska to biedny kraj z pięknymi kobietami. Francuzi uważają, że jesteśmy odległym, arktycznym krajem, przypadkiem należącym do Europy. Brytyjczycy kojarzą nas z brudem i postkomunizmem. Pierwszym skojarzeniem Niemców są złodzieje samochodów – takie są stereotypy. A co myślimy o sobie my sami?
Jak pisze „Rzeczpospolita” młodzi Polacy uważają za autorytety głównie osoby znane z ekranu. Młodzi, proszeni o wskazanie osoby publicznej, która prezentuje cenione przez nich cechy i poglądy, najczęściej wymieniali Jerzego Owsiaka (40 proc. wskazań), Kubę Wojewódzkiego (32 proc.), Szymona Majewskiego (30 proc.) i Wojciecha Cejrowskiego (27 proc.). Na liście nie znalazł się żaden pisarz ani naukowiec. Dalajlama uzyskał 25 proc. wskazań. Śmiać się czy płakać.
Gdzie więc są te autorytety? Pewnie w nas samych, skoro w życiu młodych Polaków najważniejsze są miłość (79 proc.), rodzina (57 proc.) i przyjaciele (40 proc.). Praca, wiara i odpowiedzialność ważna jest jedynie dla co dziesiątego badanego. Z samej miłości się jednak nie wyżyje, choć ceniona jest wysoko.
W Wlk. Brytanii ukazała się książka, w której szczęście przeliczono na pieniądze. Około 800 tys. złotych warta ponoć jest szczęśliwa miłość – twierdzą badani Brytyjczycy.
Ciekawe ile u nas warta jest taka miłość, zwłaszcza do bliźniego, o czym mówi Pismo. Cenniki pewnie poznamy wkrótce, bo kampania choć odległa, to coraz bliżej.
Po raz kolejny Jolanta Kwaśniewska zapewnia, że nie zamierza startować w wyborach prezydenckich ale i tak pokazują się sondaże ukazujące jej olbrzymie, teoretyczne, szanse. I to wcale nie z miłości do Jolanty, ale jako syndrom owefo gajowego, który znużony hałasem i strzelaniną w lesie wkurzył się i pogonił i Niemców i Ruskich.
Nie trzeba widać miłości, żeby obdarzyć kogoś uczuciem lub choćby sympatią, wystarczy brak miłości do przeciwników. Czwartkowe spotkanie prezydenta z premierem było poważne, jak na rozmowy o kryzysie przystało. Godnie i dostojnie realizowano sytuację lecz poróżniło ich tylko zagadnienie... pieniędzy.
Już poróżniła fanów Michaela Jacksona relacja z pogrzebu króla muzyki pop. Do samej BBC wpłynęło 470 skarg o zbyt nachalne relacje z jego ostatniej drogi. Tu akurat wypowiedzieli się miłośnicy króla. Mniej miłośników będzie podczas podziału majątku, opieki nad dziećmi, ustalaniu biologicznego ojcostwa, a zwłaszcza przy dzieleniu łupów, jakie dopiero nadejdą. Przecież boski Elvis Presley nadal zarabia w zaświatach krocie.
Sztuką jest zarabiać po śmierci, ale jest to raczej domena twórców i praw do utworów. Chociaż niekoniecznie, skoro Andrzej Urbański, były od pól toku prezes telewizji nadal jeździ limuzyną i realizuje wypłaty pensji. Nie on jeden, jako półbóg z politycznego rozdania.
Dlatego dobrze byłoby, gdyby znów pojawił się taki... gajowy.
Niemal równocześnie z pojawieniem się kolejnych wakacji pojawiły się wyniki egzaminów maturalnych, w których znów młodzież nie wypadła najlepiej. I nie idzie tu o jednostkowy przykład pracy z polskiego, w której kandydat na człowieka ze średnim wykształceniem napisał: Telimen zakochał się w Zosi.
Ale warto się starać, skoro odkryto właśnie, że człekokształtne naczelne wyodrębniły się z wcześniejszych, bardziej prymitywnych naczelnych, zwanych prosimia (dosł. „przed-małpy”) takich jak lemury, wyraki i ich wymarli krewniacy. Bo skamieniałość odkryta w Birmie może być świadectwem, że wspólny przodek ludzi i małp pochodził z Azji, a nie z Afryki – piszą naukowcy na łamach „Proceedings of the Royal Society B”.
W wakacje wszystko jest możliwe, a sezon ogórkowy sprzyja dziwactwom. Czytam właśnie, że 46-letni projektant Marc Jacobs przełożył swój śluz z powodu napiętego grafiku. Jest bardzo zapracowany, dlatego ceremonia ślubna, która początkowo była planowana na lipiec tego roku, musi zostać przesunięta najprawdopodobniej na sierpień. Ślubu ze swoim chłopakiem Lorenzo Martone. Współczuję. Upał robi swoje.
Obrady sejmowej komisji śledczej do spraw nacisków na służby specjalne zostały przerwane z powodu braku protokołów z wcześniejszych przesłuchań. Nie zostały podpisane, więc nie można ich poprawić, bo formalnie nie istnieją, bo... nie zostały podpisane. Tak robią politycy, więc może i Telimen zostanie politykiem.
Prezydent Lech Kaczyński pewnie pomylił się zwyczajnie, gdy mówił: - „Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą” - mówiąc, że są to słowa Herberta. I nie musiał wiedzieć, że to ks. Jan Twardowski jest autorem tej sentencji. Dlatego niepotrzebnie komercyjne stacje radiowe ukuły slogan „spieszmy się kochać prezydenta, póki jest”.
Nikt tu nie mówi o jakiego prezydenta idzie, choć i nasz rodzimy ma sporo kłopotów. Nawet niby załatwiona sprawa budowy bloku za Kwadratem wciąż czka się wszystkim zainteresowanym. I będzie się czkać długo, bo to mienie miasta jest. Najprościej byłoby sprzedać teren prywatnemu przedsiębiorcy, który po cichu rozpocząłby budowę, i na protesty byłoby za późno.
Kłopoty, to podobno nasza specjalność, ale nie zawsze wymuszona. Premier D. Tusk już zapowiada wyższe podatki w przyszłym roku dla zarabiających najwięcej oraz większe obciążenia na ZUS dla biedaków. Będzie fajnie, tyle że możliwy będzie ponowny podpis Kaczyńskiego. Ucieszą się biznesmeni, czyli największy elektorat PO, jeśli zafunduje im się znów 40 proc. podatków. Kryzys dosięga każdego, bez względu na przynależność, a ta przynależność i tak jest znikoma, bo to przeważnie wstyd i poruta.
Dlatego życzę naszemu prezydentowi, by bardziej oglądał swych doradców i ich dzieła. Tak jak to, czemu ktoś pozwolił SM zbudować blok, przez co na tebeesowski nie ma już miejsca?
Ma być o lecie, więc będzie. Samce azjatyckich nartników muszą się wykazać muzykalnością, aby ich partnerka rozpięła pas cnoty – informuje „New Scientist”. Podczas badań nad tym tematem rozkwitła współpraca doktora Piotra Jabłońskiego z Centrum Badań Ekologicznych Polskiej Akademii Nauk w Dziekanowie Leśnym oraz dr Chang Han z uniwersytetu w Seulu. Widać można się porozumieć i w takiej sprawie.
Tak jak w sprawie uścisków od premiera zadeklarowane z okazji 60. urodzin prezydenta oraz jego brata, co wczoraj miało stać się w Brukseli.
Zanim nastało lato pojawiła się w Piotrkowie nowa koncepcja świeckiego (albo nowa świecka) stowarzyszenia, które ma zamiar wystartować w wyborach samorządowych. Mówi się nawet, że startować będzie znany już nam kandydat z poprzednich wyborów prezydenckich, który niby nie porzuca starej partii, ale wybiera lokalne stowarzyszenie.
Życzymy sukcesów, choć wiadomo, że odzyskanie cnoty, choć możliwe, jest kosztowne. Trzeba sztuki.[/p[
Samice tego pluskwiaka przekształciły bowiem brzuszny segment odwłoka w rodzaj pasa cnoty, który pozwala obronić się przed męską natarczywością. Inne gatunki nartników nie mają takich zabezpieczeń, a samce nie bawią się w żadne zaloty. Aby uzyskać pełną akceptację samicy, samiec Gerris gracilicornis musi przez 15 minut „muzykować”, wytwarzając nogami drgania wody. Jeśli się spodobają, ma szansę na potomstwo. Niech zatem muzykują.
Doktor Jurij Labvin, tunguski naukowiec, utrzymuje, że 30 czerwca 1908 rokuZiemia została uratowana przez kosmitów – informuje serwis Fox News. Wprawdzie było to przed stu laty, ale może teraz kosmici uratowali nas przed wybraniem do europarlamentu osób kosmicznych.
Bo ambicją partii jest mieć dobre nazwiska kandydatów, ale skąd ich brać, skoro rzesze członków niektórych partii mogą odbywać zjazdy na jednej kanapie. I nawet podczas minionych wyborów, kiedy okręgi wyborcze były przeolbrzymie a liczba uprawnionych imponująca, uzyskują kilkadziesiąt głosów. Czy to jeszcze tylko wstyd, czy już wielki blamaż?
A może chore ambicje, skoro ludzie lewicy nie mogli razem wystartować, rozbili głosy, a Centrolewica i Partia Pracy mogą teraz przeliczać swe głosy na palcach. Tak jak wystawienie więcej niż jednego kandydata PO z niemal tego samego terenu, bo Tomaszowa i Piotrkowa. O Samoobronie nie wspomnę, bom litościwy.
Maks Weber mówił, że nie jest sztuką zostać wybranym lecz sztuką jest zostać wybranym po raz drugi. Zobaczymy kiedyś te sukcesy.
Rosyjski naukowiec Labvin twierdzi, że w tym dniu UFO, narażając się na samozniszczenie, uderzyło w meteoryt, który z wielkim impetem zmierzał ku naszej planecie. Przez to działanie siła wybuchu była znacznie mniejsza.
Kto nas zatem uratował od samozniszczenia? Frekwencja wyborcza czy jej brak?
Pamiętam, że przed dwudziestoma laty, kiedy pani Joanna Szczepkowska ogłosiła 5 czerwca w TV, że wczoraj upadł w Polsce komunizm, to aż prychnąłem, bo nijak nie miało się to do prawdy, bo dopiero wtedy zaczęło dogorywać coś, co komunizmem nie było. Dziś, po latach, gdy patyna parę spraw przykryła, mogę na tę wersję przystać, jako symbol symbolu.
Zbigniew Mroziński, nasz kultowy przywódca Solidarności uważa, że ten system się do tej pory nie skończył, bo to nie protestujący wówczas stali się obecnymi beneficjentami przemian.
A kto się nim zatem stał? Wychodzi na to, że m.in. obecnie rządzący. Czyli prezydent Lech Kaczyński i premier Donald Tusk. Cóż z tego, skoro podczas środowej debaty parlamentarnej nie chcieli się spotkać, podać dłoni, uciekli do swoich niby obowiązków. Małość na miarę 20-lecia.
Bo sondaże mówiące o trzech osobach, które wywarły największy wpływ na nasze ostatnie losy są bezwzględne. Prym wiodą: Jan Paweł II, Lech Wałęsa oraz... o Boże, Aleksander Kwaśniewski.
Bo wyborcy są bezwzględni. Już wiedzą, że wystawianie mało znanego kandydata zapewnia liderowi partii spokój, że nikt go nie prześcignie, że nie pojawi się nowa charyzmatyczna postać, która zmiecie naszą posłankę-minister. Niech będzie Lubomi P., który pewnie nie wygra z Sarjuszem-Wolskim, ale może coś ugrać. Taki komunizm u nas wciąż się nie skończył.
Cały świat drży na wiadomość, że Korea Północna grzebie przy rakietach jądrowych bliższego i dalszego zasięgu, które mogą i do nas dolecieć. Strach wydaje mi się przesadzony, bo znacznie gorszą informacją byłoby wprowadzenie u nas rozmaitych, ważnych wyborów np. dwa razy w roku. Wtedy grzebanie w jądrach materii i umysłów ludzkich stałoby się codziennością zdolną do wytrzymania tylko przez polityków.
Słyszę w publicznej radiowej Trójce kabaretową piosenkę K. Daukszewicza, w której prosi on prezydenta kraju, by ten był trochę milszy i się nie obrażał za często. I słychać, że prowadzący program już się boi co to będzie kiedy wyjdzie ze studia, że ma już pełne niewymowne. I próbuje słuchaczom się tłumaczyć.
A Wojciech Cejrowski nie będzie prowadził programu „Boso przez świat”, bo... w spocie eurowyborczym poparł Marka Jurka, którego fanem nie jest prezes TVP czyli publicznej telewizji.
Na naszym lokalnym gumnie jakby tego mniej, choć słychać o dwóch kandydatach z jednego ugrupowania ale innych miast regionu, którzy zawarli pakt o nieagresji czyli o nielansowaniu się na podwórku konkurenta, by nie odbierać sobie elektoratu. I jeden już te pakta złamał. Co zrobi drugi?
Z drugiej jednak strony półroczne kadencje na szczeblach władzy tak, jak półroczna prezydencja w UE mogłyby sprawić, że majstrowanie przy strategiach wyborczych na nic by się zdało. Ostałaby zwykła praca.
Litewski poseł tak naraził się swoim kolegom, że będzie teraz musiał zapłacić 25 euro kary za pomylenie kryzysu z pojęciem wyzwanie, które ponoć lepsze jest, wobec postępującego... braku kryzysu.
Ciekawe kiedy i u nas nastąpi ten zwrot, choć mogą być kłopoty. Początkowo rząd twierdził, że kryzysu u nas nie widać, potem, że coś tam się pojawia, ale to nie jest kryzys, a teraz została wreszcie ustalona rządowa wersja pojawienia się kryzysu, czyli 1 lipca 2008 roku, kiedy jeszcze o kryzysie sami niewiele wiedzieliśmy. Ale rząd wiedział, skoro od tej daty zamierza pomagać tym, którzy wzięli kredyty, potem stracili pracę. I to do małej kwoty, do oddania, tyle, że bez odsetek, a robił to będzie jakiś tam bank.
Hojny Maciek z cudzej torby – mówi porzekadło. I tak to jest, bo te pieniądze ani nikogo nie uzdrowią ani nie uleczą cudownie. Taki gest, bez zbytniego sięgania do budżetowych pieniędzy.
Bo już słychać głosy, że produkcja w kwietniu spadła i to może być ten kryzys. Ale okropni ekonomiści liczą, że owszem było w kwietniu trochę mniej dni roboczych i dlatego produkcja spadła. Może to jest to wyzwanie za 25 euro?
Obniża zamiary ekipa klubu Kiper, bo bez sponsora wygrać się nie da. Miejmy nadzieję, że inne kluby jakoś się obronią przed kryzysem, o co proszą kibice. Tylko że tych kibiców nie ma. Kilkadziesiąt osób obecnych na meczu, to nie jest już śmieszne. To już raczej brzmi jak wyzwanie.
Sławny autoportret Vincenta Van Gogha z 1889 r. przedstawia go z zabandażowanym uchem. Malarz utrzymywał, że w przypływie wzburzenia sam obciął sobie małżowinę. Jednak dwoje niemieckich historyków sztuki twierdzi, że w rzeczywistości okaleczył go podczas sprzeczki przyjaciel Paul Gauguin – poinformował brytyjski dziennik „Telegraph”.
I ta informacja byłaby mało ,interesująca. Gdyby nie to, że mit czasami pryska, że po latach okazuje się, że to Niemcy obecnie wykupują u nas samochody na pniu, chociaż to przecież my mieliśmy już zawsze kupować niemieckie, używane samochody. A tu proszę. No, ale skoro promocją Polski zajmuje się dziś około 60 firm w kraju, to i o bałagan nietrudno.
Bo w sprawie Van Gogha ustalono taką wersję wydarzeń, by mogła być rozpowszechniona w biografiach Van Gogha. A ponoć została zmyślona przez samego malarza – twierdzą Hans Kaufmann i Rita Wildegans, autorzy książki „Ucho Van Gogha: Paul Gauguin i pakt milczenia”.
Według nich, to Gauguin – wyborny szermierz - obciął Van Goghowi ucho szpadą. Do incydentu doszło w toku kłótni, która wywiązała się po tym, gdy francuski malarz postanowił opuścić „Żółty dom”. Nie wiadomo jednak, czy zrobił to w samoobronie, czy w przypływie złości.
Kiedy słyszę, zarzuty, ze Olejniczak jest pedofilem, a ktoś ma za żonę lesbijkę, to już czekam na najszybszy koniec kampanii do europarlamentu i może...znowu odżyję.
Znowu nas zrobili w trąbę, bo wśród dziesiątek tysięcy chętnych na tę posadę było aż czterech Polaków, a tu wybrali Brytyjczyka. Bo to Brytyjczyk Ben Southall dostał najlepszą pracę świata/
”Najlepsza praca świata” to półroczny kontrakt na Wyspie Hamilton u wybrzeży Australii. Głównym zadaniem człowieka, który pokonał 34 tysiące kandydatów. Ogłoszony konkurs jest głównym motywem promocyjnym stanu Queensland i Wielkiej Rafy Koralowej.
Szczęśliwiec dostanie za sześć miesięcy pracy 75 tysięcy euro. Na Hamilton ma zapewniony domek. Southall ma 34 lata, pracował w organizacji charytatywnej.
Ciekawe teraz kto dostanie nową pracę jako rzecznik prezydenta miasta. Apanaże może nie są aż tak pociągające, ale zawsze dobrze wiedzieć, kto będzie ustami prezydenta. Ponoć biały dym ma pojawić się właśnie dziś, a głównym pretendentem do tytułu jest Błażej Torański, były dziennikarz Rzeczpospolitej, były członek PiS. Może też jego zadaniem będzie przechadzanie się po naszym mało tropikalnym raju, robienie zdjęć, nurkowanie i kręcenie filmów o tym, jak najlepiej spędzić u nas czas, które potem będzie się umieszczać na stronie internetowej. Jednak ogłoszony w Australii konkurs jest głównym motywem promocyjnym stanu Queensland i Wielkiej Rafy Koralowej.
U nas zaś coś chyba za dużo tych raf , a i na kolczatkę trafić nietrudno. O dziobaku nie wspominając.
Niektórzy politycy sugerują, żeby do innych polityków przesyłać mejle bez znaku przestankowego „@” ale żeby pisać małpka, czyli mała buteleczka na użytek służbowy. To się nie przyjmie, bo mała małpka jest za mała na użytek pojedynczego dużego polityka. Mniejszy jakoś odbierze. Tak mówią najnowsze wyniki dojrzałości polityków, choć nie wiem czy w nie wierzyć, bo sami politycy prowadzą między sobą te badania. Za późno, bo już po wyborach, zdają egzaminy dojrzałości.
Przed nami najbliższe wybory, do europarlamentu. Z list wynika, że zawsze wystawia się swoich, co może skutkować chorobą dynastii Habsburgów, która łączyła się tylko wśród siebie, by zachować „niebieską krew”.Stąd pochodzi słynny prognatyzm czyli wysunięta warga habsburgska i brak potomstwa. Ostatnim Habsburgiem był Karol II, schorowany i upośledzony umysłowo. No, ale wtedy nie było podstawowych egzaminów gimnazjalnych np. z genetyki.
Za późno są organizowane egzaminy dla gimnazjalistów. Gdyby były wcześniej, to nikt by wcześniej nie podał pytań i odpowiedzi w internecie, a teraz jest szum i awantura.
Ktoś, przed laty, za późno pomyślał o przyszłości naszej oczyszczalni a teraz ktoś inny mówi, że nie trzeba zakładać spółki. Dwója z egzaminu, nawet gimnazjalnego.
Niestety odkryto fragmenty mózgu, które reagują tak, jak były, utracony organ.Nawet wyrzuceni z rządu czy partii mogą się teraz odnowić i odegrać. Wrócą bez egzaminu?
Po kilkunastu latach monitów rząd Wielkiej Brytanii zgodził się na wprowadzenie „zielonej fali” na brytyjskich ulicach. No, i proszę, jak to okropne, uparte społeczeństwo, niezrażone odmowami, pokonało jak zawsze konserwatywny rząd.
Kiedy u nas przestanie się wysyłać do zamorskich krajów ambasadorów z pustą teką dyplomatyczną, bo bez listów uwierzytelniających. „Odprawa posłów greckich”, gdzie Kasandra przepowiada zagładę Troi, a kraj spłynie krwią – to pewnie jeszcze nic. Nie ma zielonej fali w polityce wewnętrznej rządu i prezydenta i nie zanosi się, żeby rząd brytyjski coś mógł tu zrobić. Nawet tragedia w Kamieniu Pomorskim stała się okazją do niesmacznych potyczek i przepychanek.
Czy będzie zielona fala dla filmu o Irenie Sendlerowej? Główny producent czyli TVP wycofał się z finansowania zamierzenia lecz na szczęście znaleźli się inni sponsorzy. Film zatem powstanie, lecz czy z piotrkowskim akcentem?
Parę miesięcy temu pisaliśmy, że Irena Sendlerowa przez jakiś czas mieszkała w Piotrkowie. Na budynku miała znaleźć się nawet tablica pamiątkowa. Tematu nie podjęto, szumu wokół sprawy nie zrobiono i pewnie Piotrków nie znajdzie się nawet w najmniejszym epizodzie filmu. Dlaczego? Nie ma zielonej fali.
Bo władza – podobno – jest zawsze mądrzejsza, bo rząd brytyjski od lat wiedział, że zielona fala jest ekologiczna, ale wtedy mniejsze byłyby... wpływy do budżetu za paliwo.
Rozpoczęliśmy wczoraj ostatnie trzy doby Wielkiego Tygodnia: Wielki Czwartek (wieczór), Wielki Piątek, Wielka Sobota i Niedziela Zmartwychwstania znane jako Triduum Paschalne (Triduum Paschale). Czas szczególny, czas oczekiwania i radości.
I to w Wielkim Tygodniu „Gazeta Wyborcza”opublikowała list otwarty Krzysztofa Krauzego, zachęcający do nieoglądania TVP 3 maja. „Dziś jej społeczną misję realizują ludzie, których zapewne nie wpuścilibyście do domu” - pisał Krauze. Przeciwko rządzonej przez p.o. prezesa Piotra Farfała telewizji wypowiadał się na łamach „GW” też m.in. Andrzej Wajda i Agnieszka Holland.
Odpowiedzi jeszcze nie odnotowałem, ale skoro jest czas oczekiwania i radości, to może prezes Farfał odpuści i zrezygnuje ze stanowiska. Chyba w tych okolicznościach powinien.
A może i inni wzięliby sobie do serca te apele i złożyli nagle urzędy, zgodnie z rosyjskim przysłowiem, mówiącym, że żeby być bardzo szczęśliwym, trzeba być wcześniej bardzo nieszczęśliwym. Od czegoś trzeba zacząć poszukując szczęścia.
Bo wszystko jest możliwe. Na wieży kościoła na warszawskich Bielanach jest figurka Pana Wołodyjowskiego, gdyż tam ponoć składał śluby. Dla niektórych jest jednak kłopotem fakt, że pułkownik Wołodyjowski ma twarz... Tadeusza Łomnickiego. To chyba pierwszy przypadek, że członek Komitetu Centralnego PZPR znalazł się na wieży kościoła.
No i wymyślili samochód, konkurencyjny dla naszego kultowego „malucha”, który będzie miał moc 33 KM, mógł zabierać do 5 osób, pędzić do 105 km/h i kosztować (oczywiście w wersji podstawowej)do 5 tys. euro, czyli ok. 20 tys. zł (za zderzaki w kolorze nadwozia trzeba będzie trochę dopłacić). Wymyślili go w Indiach, w firmie TATA, i nawet nasze największe protesty tego nie zawrócą. TATA, to TATA, a czas kryzysu jest najlepszym momentem do ekspansji dwóch krajów, które według ekspertów zdominują światową gospodarkę:dla Chin i Indii. Chiny trzymają mocno USA w respekcie, bo posiadają ok. 3 trylionów amerykańskich długów, zaś Indie już dawno zyskały sobie status technicznej potęgi intelektualnej, bo to hinduscy informatycy tworzą trzon Doliny Krzemowej i innych technologii. A propozycję nieco większego, taniego samochodu już wiozą do nas Chińczycy.
A może przy okazji przywieźliby do Piotrkowa też oczyszczalnię? Gotową, byle bez własnych ścieków, no i znacznie taniej. Może i rury też? Byłoby taniej. Ale Szlak Wielu Kultur nie wchodzi w grę!Mamy swój.
W ramach EURO 2012 Gdańsk chce sprzedać nazwę tamtejszego stadionu i to za dobre pieniądze. Wzięli przykład ze stadionu w Monachium, zwiącego się Allianz Arene, za którą zażądano 6 mln euro.
Dlatego nazwanie naszej oczyszczalni ważnym imieniem może być opłacalne. W grę mógłby wchodzić np. Bollywood, bo boli i jest blisko Łodzi, albo podwojnie, np. TataOsram.
Powinno być dziś o wiośnie, która ponoć już idzie. To taka pani w zielonej sukience, której oczekują nie tylko wyznawcy porządku kalendarzowego, ale chyba wszyscy. I pewnie przyjdzie, może przyprószona śniegiem, jak yeti, którego nikt nie widział a wszyscy o nim mówią lub dzielnicowy, o którym się mówi, ale go nikt nie widział.
W ramach wiosny, dla porządku, trzeba więc wspomnieć, że naukowcy ustalili, że to nie kobiety, ale mężczyźni częściej się zakochują i przeżywają miłość intensywniej. Ale też trudniej się odkochują i bardziej cierpią po utracie miłości. I zakochując się nie wiemy przecież, że zauroczenie powoduje fenyloatyloamina, która nas odurza. I nie jest to wcale takie proste, bo włącza się wtedy dopamina (jeden z hormonów szczęścia), powodując spadek serotoniny. Strasznie to skomplikowane jak na jedno zauroczenie, zwłaszcza że jest to stan podobny do choroby psychicznej.
Pierwsze westchnienie miłości, to ostatnie westchnienie rozumu – pisał Kornel Makuszyński i pewnie miał rację, ale my i tak nic sobie z tego nie robimy, bo jak znów mówią naukowcy – stale zakochanych jest 50-60 procent populacji obu płci.
I jak tu rozróżnić wiosną, kto jest tylko zakochany, a kto zwyczajnie już chory psychicznie? Znany z programu „Jackass” Steve-O zamierza pozbyć się penisa... Chodzi tutaj jednak nie o narząd, lecz o tatuaż, który dotąd zdobi ramię 35-letniego Steve-O... Niech mu wiosna lekką będzie.
Media ogłosiły, że papież Benedykt XVI przyznał, że popełnił błąd znosząc ekskomunikę z biskupa lefebrysty, który neguje istnienie holocaustu. I w porządku, choć to dosyć rzadki przypadek, nie tylko w Kościele, świadczący o odwadze i determinacji. Lepiej się przyznać, niż kluczyć. Podobnie jest ze świeckim pogrzebem prof. Zbigniewa Religi, o czym zdecydowała rodzina zmarłego. Ukłony.
Podobno nadzieja umiera ostatnia, ale prawda i tak wygrywa. Każdy ma prawo do prawdy, bez względu na wyznanie lub światopogląd. Nawet po śmierci.
Każde kłamstwo kiedyś się ujawni, w najmniej oczekiwanej chwili. Bo zawsze wtedy występuje niewyczuwalne zazwyczaj drżenie głosowe.
Wprawdzie wzrost drżenia głosowego występuje przy zapaleniu płuc lub ich zwłóknieniu, ale na medycynie świat się nie kończy. Politycy zrobią resztę. Głos też im często drży nie wiedzieć czemu. Czekamy właśnie na wizytę prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, który zajedzie z wykładem. Zaszczyt – zaszczytem, ale na ile będzie to wykład, a na ile propaganda, czyli drżenie głosu? Wybory euro tuż, tuż, a samorządowe za płotem. Co będzie?
Bo najłatwiej jest wybielić siebie, pogrążając bliźniego. Tak sądzą naukowcy z Japonii. „Nieszczęścia innych smakują jak miód” - mówi Hidehiko Takahashi, jeden z autorów raportu. - Ten miód wytwarzany jest w prążkowiu brzusznym.
Kto ma nadmiar tego „miodu”?
Dziś ma być o Kobietach, więc będzie... Jest nowy prezydent Olsztyna i niby żadna to rewelacja, ale jest on z PSL, podczas gdy w tamtejszej radzie miasta nie ma żadnego radnego z PSL. I jak tu zrobić koalicję? Może zrobić, bo premier Tusk zachęcał w Olsztynie przed wyborami do głosowania na kandydata Platformy, ale ludzie go nie usłuchali i jakby na złość zagłosowali tak jak sugerowali... PiS i SLD. Na złość byłemu prezydentowi, któremu zarzuca się gwałt i molestowanie podwładnych. Taki prezent na Dzień Kobiet.
Czerwony goździk i rajstopy – taki był symbol tego, uważanego przez niektórych za komunistyczne, święta. A tu prawie tak, jak z 1 Maja. Warto wiedzieć, że pierwsze obchody Narodowego Dnia Kobiet odbyły się 28 lutego 1909 r. w Stanach Zjednoczonych. Zapoczątkowane zostały one przez Socjalistyczną Partię Ameryki dla upamiętnienia odbywającego się rok wcześniej nowojorskiego strajku pracownic przemysłu odzieżowego, przeciwko złym warunkom pracy.
Trochę później, w 1917 roku kobiety w Rosji zorganizowały strajki i protesty pod hasłem „chleb i pokój”. Cztery dni później abdykował car, a rząd tymczasowy przyznał kobietom prawa wyborcze.
No i proszę, jaka jest siła kobiet. Bo jest, a wczorajszy Dzień Teściowej był tego najlepszym dowodem. Kobiety – teściowe trzymają się mocno i nic nie wskazuje na upadek tej instytucji. Wszak niemal każda kobieta będzie kiedyś teściową lub... świekrą.
Od kiedy Kazimierz Marcinkiewicz podjął się jednocześnie dwóch prac, niektórzy zaczęli mu zazdrościć. Niepotrzebnie. Podjął jedną, prywatną, w ramach (ramionach) młodej asystentki pewnego banku, a drugą w ramach doradcy tego banku, który to nas, Polaków oszukał świadomie i orżnął o miliony euro. Marcinkiewicz ma chyba przechlapane i będzie szukał nowej pracy fizyka w liceum lub zawodówce.
Ale może załapie się na najlepszą pracę na świecie czyli pracę strażnika na wyspie koralowej u wybrzeży Australii? Zadaniem strażnika będzie opieka nad wyspą Hamilton położona na Wielkiej Rafie Koralowej. Na sześć miesięcy dostanie on do dyspozycji luksusowy domek letniskowy. Będzie mógł łowić ryby, nurkować i leniuchować. Do jego obowiązków będzie należało opisywanie tego na blogu. Dostanie do tego kieszonkowe w wysokości 75 tys. euro oraz bilety lotnicze w obie strony.
Dlatego propozycja piotrkowskich radnych PO o obniżeniu sobie diet jest szlachetna, a nawet boska, bo inicjatorzy mają stałą kasę z innych źródeł. Ale tematu na środowej sesji nie podjęto i teraz komisje będą nad tym deliberować, czyli nad tym, czy coś sobie samemu można obciąć. Na razie odsunęły problem na później.
Wszystkiego nie da się jednak odsunąć na dalszy czas, a tymczasem serwer, na którym znajduje się strona, zepsuł się przed upływem terminu składania aplikacji.
Lekarze psychiatrzy ostrzegają, że nadchodzi pandemia (czyli epidemia światowa) nowej ery – choroby psychicznej – związanej z globalizacją i zmianami cywilizacyjnymi. Może kończący się karnawał pozwoli ostudzić niektóre głowy. A tu jeszcze ten kryzys...
Dobrze, że się o tym dowiedziałem zanim miłościwie nam panująca poseł – minister Julia Pitera oznajmiła, wobec obcięcia funduszy dla policji, że lepszy jest pieszy, niż zmotoryzowany patrol policyjny, bo pozwala na nożną penetrację terenu w wąskich uliczkach i pozwoli schwytać przestępców – piechurów.
O tym, co zrobić z przestępcami zmotoryzowanymi nie wspomina, bo pewnie sama jest zmotoryzowana. Chyba coś ją bierze, bo wygląda niewyraźnie – jak w reklamie pewnego specyfiku.
Nie ma naboru do wojska. OK. Będzie kadra wojskowa, ale rekrutów już zabraknie. Nie ma naboru, a dowódcy są. Nadzieja w tym, że nie będzie też... wojny.
- Zaczniemy interwencję, gdy euro osiągnie 5 zł – zadeklarował premier i jeszcze tego samego dnia złoty to osiągnął. Teraz premier ratuje co może, jakby nie wiedział co narobił.
Mamy nowe centrum sztuki, na którego otwarcie nie przyszli... artyści. Taki performance.
23 lutego obchodzony jest w naszym kraju jako Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją. Specjaliści szacują, że liczba chorych psychicznie w Polsce zbliża się do 2 milionów. W takim tłumie łatwiej się ukryć.
Z okazji Walentynek pojawiły się przynajmniej dwie nowe strony internetowe. Jedna to: www.kochamdonka.pl, zaś druga to: porazkaroku.pl, poświęcona Janowi Marii Rokicie, który to z płaszczem Nelly poradzić sobie nie mógł. I wyszła chryja międzynarodowa, zakończona wstydem, uwieńczona zakuciem w kajdanki osoby, która posłem nie jest, a szum jest taki jakby była.
Może JMR nie wiedział, że Walenty to męczennik rzymski z IV w., którego święto uchodziło w Niemczech za dzień feralny, a sam święty za patrona chorych na padaczkę (fallen – padać). Ale skoro kościół w Polsce uważał takich osobników za opętanych przez diabła i leczył egzorcyzmami, fantazja ludowa pomieszała te oznaki, a Walek pozostał synonimem Diabła.
Zdecydowanie lepiej byłoby gdyby leciał liniami angielskimi, bo wg obyczaju angielskiego od 1476 roku w tym dniu ludzie wybierają sobie sympatię, ale na cały rok i wysyłają tej osobie upominek. Dlaczego akurat tak? Może pochodzi to od tego, że 14 lutego na Wyspach ptaki śpiewające łączą się w pary.
W Polsce Walentynki zupełnie zgłupiały i w środku zimy wymuszają uczucia, na które nie jesteśmy czasem gotowi. Niemiecka stewardesa pewnie nie wiedziała, że słowiańskie Święto Kresu obchodzone jest na początku lata – w porze roku pełnej ciepła, życia i płodności. Opętał ją Diabeł Rokita, czy co?
Mieliśmy w tym tygodniu kolejny, doroczny Dzień Świstaka. W każdy pierwszy poniedziałek lutego w pensylwańskim miasteczku Punxsulawney okazuje się, jak długo będzie jeszcze trwała zima. Metodologia jest prosta. Wesoły gryzoń Phil. Wychodzi ze swojej norki i staje przed dwiema opcjami.
Jeśli nie zobaczy swojego cienia i nie będzie marudził z powrotem do legowiska, wniosek jest jeden – zima nie potrwa już długo. Jeśli jednak świstakowi spodoba się w piękny zimowy dzień i nie zechce mu się wrócić do nory, wniosek jest równie prosty – czeka nas długa zima.
W tym roku przewidział zimę do połowy marca i wszyscy uznali to za pewnik. Odmiennego zdania jest jednak świstak ukraiński o imieniu Tynka, który zwiastuje z kolei wczesną wiosnę.
Podobnie może być z przewidywaniem nastroju wokół bliskiej 20. rocznicy Okrągłego Stołu. Świstaki proamerykańskie mogą widzieć to inaczej niż prorosyjskie. Znowu usłyszymy pewnie o hańbie, rokoszy i innych niegodziwościach.
Część naszych ekonomistów dostrzega kryzys finansowy, a część go bagatelizuje, upatrując szansy na większe pieniądze z UE, bo płynące według wysokiego kursu euro.
U nas też są różne zdania na temat przyszłości budynków po szkole, lokalizacji osiedlowego śmietnika czy finału kolejnej odsłony w sprawie byłego przewodniczącego Rady Miasta. Cóż, każdy ma takiego świstaka, jakiego... w sobie wyhodował.
Informacje o zbliżającym się kryzysie słyszymy i czytamy coraz częściej, a okazuje się, że on już jest, nawet jako antycypacja zdarzeń. W Piomie łatwiej będzie zatrudnić za dwa-trzy miesiące te same osoby na umowę-zlecenie, bez stałych kosztów zusowskich, dodatku za staż pracy itp. Kto wie, czy „dmuchany” kryzys nie wyjdzie na dobre pracodawcom, bo zatrudnionym na pewno nie.
A Urząd Pracy załamuje ręce, że nie ma ofert pracy, bo i skąd Urząd Pracy ma mieć miejsca pracy, skoro on ich nie tworzy.
O oszczędnościach w rządzie mówi premier Tusk. Poszukuje się 17 mld zł i znaleźć je mają poszczególni ministrowie. Teraz, gdy budżet jest klepnięty, pewne zamówienia poszły i najwyżej zapłaci się za zerwanie wcześniejszych kontraktów. O tym, że też to będzie kosztować, już się nie mówi.
Ale tymczasem posłowie żądają 400 zł podwyżki, bo to wzrost ustawowy i poseł podobno nagle zbiednieje.
U nas zaś trudno się doliczyć strat wobec niedokończonego przetargu na emzetki, decyzji o sprzedaży budynków przy ul. Dmowskiego czy najnowszej decyzji o podwyżce stawek za ogrzewanie, mającej być wprowadzone przez MZGK.
A tu jeszcze ta mrówka, turecka. Na południu Europy, skąd trafiła do nas, lubi gnieździć się w sieci elektrycznej. Kolonizację naszego kraju zaczęła od... parku na tyłach Sejmu. Jeszcze tego nam w Sejmie trzeba?
Od niedawna wiemy, że znajdujący się w Sevre, pod Paryżem, wzorzec jednostki miary – metr – zmienił swe oblicze czyli długość i nie jest do końca wyznacznikiem miary 1 metra. I kolejne kopie z tytanu czy innych metali czy stopów nie dają gwarancji stabilności. Bo miary wymyślono racjonalnie, ale z racjami racjonalnymi jest krucho. Nie służy im czas.
Tak jak z „u.je”. Wobec wahań kursu dolara w Rosji powraca, używana kiedyś, w latach 90., niby-waluta „u.je” (ye), usłowna jedinioca, czyli jednostka umowna (u nas są to trzy litery a tam dwie). Była to w rublach wyrażana wartość dolara, obowiązująca w sklepach i na bazarach.
Teraz znów pojawiła się tam w kartach drogich restauracji, a nawet objęła ceny mieszkań i gruntów.
To nie tylko wyraz braku zaufania do własnej waluty, ani ówcześniejszego zachłyśnięcia się Ameryką. Bo dla Rosji, Chin, Indii – dolar jest gwarantem stabilności tylko gospodarki, ale głównie myśli – jest ekierką, kątownikiem, liczydłem...
Dlatego myślę sobie, że zastosowanie metody - „u.je” mogłoby bardzo ustabilizować nasze emocje. Bo co z tego, że zdrożała nagle jakaś inwestycja, skoro nadal kosztuje ileś tam „u.je”, zwłaszcza że zapłacimy na nią za rok lub dwa. Podatki i wpływy, wypłaty też przecież będą przeliczane w „u.je”.
Gdybyśmy tak koszty funkcjonowania emzetek, dzierżawę za Batorego, koszty wody i energii, zyski ze sprzedaży budynku na Dmowskiego policzyli w „u.je”. O, Je...
W jednej z prawosławnych świątyń – w cerkwi św. Olgi w Strielnie koło Petersburga – pojawiła się pierwsza ikona z wizerunkiem Stalina. To efekt wniosku, z jakim przywódca jednej z działających w Rosji partii komunistycznych Siergiej Malinkowicz zwrócił się do rosyjskiej Cerkwi prawosławnej o wyniesienie Józefa Stalina na ołtarze.
Widać wnioskować można nie tylko w demokracji. Rząd nasz zawnioskował do klubu parlamentarnego PO o kary dla posła Palikota i pewnie wnioski te przejdą, bo w samych partiach z demokracją już krucho. Wodzowie przemawiają głosem członków (żadnych skojarzeń) i tak ma być. Bo jak wymsknęło się kiedyś wicepremierowi W. Pawlakowi: Koalicja... trwa mać.
Upada kolejna ikonka Samoobrony. Jacek Popecki, skazany już prawomocnie, a kasację ikonki pewnie kodeks także dopuszcza.
U nas podobno jeszcze 30 grudnia Bardzo Ważni Ludzie zapewniali, że w Piomie nic złego się nie stanie, a tu taki pasztet. Czy wtedy ktoś kłamał, czy nowe życzenia noworoczne zaczęto wdrażać i czy to jest już koniec zwolnień? Czy PIOMA – niegdysiejsza ikona piotrkowskiej gospodarki utraciła swego patrona? A jakiego zyskał Rossmann, likwidujący swe magazyny, przenosząc się do Łodzi?
Należałoby pewnie szybko przejrzeć nasz lokalny ikonostas i sprawdzić, czy aby wyniesieni kiedyś, i w euforii, na ołtarze nam się przypadkiem nie chwieją, albo czezną.
Nie wiem, czy dziś, 9 stycznia, mogą obowiązywać jeszcze, stare już, postanowienia noworoczne, skoro niektórzy wymawiali je na wyrost, niektórzy nie byli całkiem świadomi ich znaczenia lub interpretacji, ale i tak podobno podstawowym wyznacznikiem ich działania jest CZAS.
A czas i tak nie jest wartością stałą. Mieliśmy w sylwestra o jedną sekundę dłuższą noc niż zazwyczaj, bo puls atomu cezu tyka inaczej.
kiedyś sekunda liczona była jako część doby słonecznej, potem jako gwiazdowej, aż wreszcie jako roku zwrotnikowego. Dziś nie ma już ery zegara słonecznego czy zwrotnikowego, bo przyszedł czas na zegar atomowy, ale i tak musimy go zmieniać, bo nawet to nie współgra z Ziemią. I niech tak będzie, póki co.
Chociaż niemieccy uczeni sprawdzili, że człowiek spogląda na zegarek ok. 150 razy w ciągu doby, ale tylko pięć razy stara się dokładnie odczytać czas.
Wisława Szymborska w wierszu „Trzy najdziwniejsze słowa pisze: -Kiedy wymawiam słowo przyszłość, pierwsza sylaba odchodzi już w przeszłość?.
I co ma powiedzieć na nagłe nadejście kryzysu Hugh Hefner, szef Playboya, który zwolnił 789 pracowników i pewnie ogłosi upadłość swojego pisma? Nawet w takiej branży nie ma przyszłości?
To gdzie jest czas na przyszłość? Może u nas, gdzie czas pokonał przetarg na schronisko dla psów, gdzie pokonał niedoczas w remoncie rury na Słowackiego?
Kiedy przed ponad 30 laty skończyłem studia na UŁ, okazało się to, co miało się okazać, że przysługuje mi jeszcze służba wojskowa. Koledzy pojechali więc do najbliższych jednostek, za sprawą wujków i pociotków, a mnie pozostał najodleglejszy garnizon, czyli marynarka wojenna na Westerplatte. Jakoś poszło i zostałem zastępcą dowódcy okrętu z wielką namową na pozostanie tam na stałe. I ważne było, że jeden rok służby liczony był za 1,5, czyli że np. po 20 latach mógłbym zostać emerytem z... 30-letnim stażem. Taki był kontrakt. Nie skorzystałem.
Tak miał prawo myśleć, spawacz w zęzie (najgorsze miejsce pod słońcem, którego tam nie było), czy inny straceniec, który nie pracował tam dla przyjemności, ale dla pieniędzy dla siebie i rodziny. Tak myślało wielu, podejmując się prac nieprzyjemnych i szkodliwych. A teraz posłowie, niewykonujący prac nieprzyjemnych i nieszkodliwych, postanowili to zmienić. W biegu. Zabierając uprawnienia tym, którzy już za chwilę mieli dostać obiecaną przed 30 laty nagrodę za harówkę.
I zrobili to posłowie Platformy Obywatelskiej, a nie Platformy Rządowej, w imię interesów rządu, a nie Obywateli, o których interesy tak podobno walczą.
Dla Nauczycieli, których jest moc, i rząd zwyczajnie się ich boi, wprowadzili ustawy wygasające. A reszta to pikusie? Rację ma prezydent wetujący ustawę w całości. Co dalej będzie? Do wyborów tak już przecież blisko. Wyborów pomostowych?
Pewien emerytowany profesor, który cierpiał na stopniowy zanik mięśni, poddał się eutanazji w jednej ze szwajcarskich klinik. Po iniekcji zabijającego go specyfiku odszedł na własne życzenie, nawet w błysku kamer, które to zarejestrowały, zgodnie z jego życzeniem. I choć stało się to w 2006 roku, to głośno zrobiło się o tym teraz, gdy pewna niszowa stacja telewizyjna nadała ten materiał. I zrobił się szum i dyskusje o eutanazji i o... prawie telewizji do takich transmisji.
Premier D. Tusk postanowił polecieć do Brukseli rejsowym samolotem, ale pechowo maszyna się zepsuła i... prezydent zaproponował mu swój samolot, na co premier przystał. Też nikt by o tym nie wiedział, gdyby nie ta telewizja. Tyle że ta sama telewizja pokaże za chwilę, że premier z prezydentem spóźnili się na otwarcie. I czyja wtedy będzie wina?
Tyle lat leżały w archiwach dokumenty przekazane USA przez płk. Ryszarda Kuklińskiego, a teraz nie tylko ich część zostanie odtajniona i znajdzie się w telewizji, ale pojawi się nawet gra komputerowa „Gry wojenne”, przygotowana przez CIA. I pojawią się nowe okoliczności np. wprowadzenia stanu wojennego. Popularność gwarantowana. Awantura polityczna też. Przez telewizję.
Przez telewizję stracić może fotel prezes telewizji, bo pokazał i uhonorował pośrednio Tomasza Raczka i jego przyjaciela, jako osobowości. Póki nie było tego w tv, było O.K. I jak tu nie płacić abonamentu?
Kiedy Holendrzy osiedlili się w USA nazwa Siter Klaas zmieniła się na Santa Claus. W Ameryce Święty Mikołaj przybrał postać pyzatego dziadka o czerwonych policzkach i długiej białej brodzie podróżującego saniami w zaprzęgu reniferów. W Anglii jest nazywany Father Christmas, w USA Santa Claus, we Włoszech Babbo Natale, w Niemczech – Heilige Nicolaus.
U nas św. Mikołaj zadomowił się na dobre i Dieda Moroza ostatecznie nie wpuścił, choć ten się zapierał.
Jak by go jednak nie nazywać i tak przyjdzie z prezentami lub rózgami mrucząc swoje hoł, hoł, hoł.
Wymruczał już nawet pozwolenie od władz Krakowa, po prawie 150 latach zakazu, za pijatyki i bójki na krakowskim rynku.
W Warszawie wymruczał zapewnienie o samolocie dla władzy, bo trudno nie wstydzić się pożyczania samolotu od potęgi lotniczej jaką okazała się Mongolia.
Musi być też czuły na sprawy nauczycieli, skoro obiecał im pomostówki do 2024 roku. Pewnie był prymusem.
U nas wymruczał przedłużenie stanu w emzetkach, po dwukrotnie unieważnionym przetargu na komunikację.
A to dopiero początek, bo od jutra do samych świąt. Tu wiele może się jeszcze zdarzyć. Jak choćby informacja o zniszczeniu meleksów na polu golfowym przez dwóch naszych posłów podczas pobytu w hotelu na Cyprze. W imieniu dyrekcji hotelu Mikołaj szykuje rózgi.
Tak pisał przed laty Jan Sztaudynger i nie mógł mieć wtedy na myśli tego, co zrobił obecnie były już radny Tomasz Stasiak. Oprócz nanych już faktów, nie ma odpowiedzi na jedno pytanie – dlaczego tak można stracić zdrowie, pozycję społeczną, a przede wszystkim twarz. Choć zachował się jak facet, a nie domorosły polityk, co kluczy, by jak najdłużej brać pieniądze i zrzekł się funkcji radnego i wiceprzewodniczącego. Złożył mandat i oczyścił w ten sposób trochę przedpole Prawicy Razem i tak dotkniętej ostatnimi wydarzeniami. Opozycja współczuje, a zarazem się cieszy, bo nie musiała sama nic robić, by osłabić przeciwnika. A w samym MZGK trudniejszy już dostęp do związkowych pieniędzy, bo nowy nadzór zadziała.
Od nowego roku trudniejszy dostęp do pieniędzy będą mieć inkasenci z elektrowni, bo wpłacać trzeba będzie np. na poczcie. Ale to my zapłacimy teraz za przelewy. Lepiej?
Piotrkowscy przedsiębiorcy zapłacą też więcej podatku od nieruchomości, bo o 0,80 zł za metr, ale i tak daje to ok. 800 tys. zł więcej do budżetu miasta. Racja jest ważniejsza? Trudno powiedzieć, bo wszyscy poszukujemy pieniędzy.
Może więc chwycić się sposoby, tak jak pewien pan, który zostawił w McDonaldsie telefon komórkowy ze zdjęciami nagiej żony. A pracownik sieci wrzucił zdjęcia do internetu. Konsument żąda teraz 3 mln dolarów odszkodowania. Potrzeba więc tylko nagiej żony i fotek. Telefony i McDonalds mamy. Proste.
To dziś mamy to święto czy też dzień, w którym powinniśmy być dla siebie szczególnie mili i życzliwi, kiedy każde każdemu tylko prawdę przyjemną powie, kiedy nikt nikomu nie zarzuci czegokolwiek. Czy możemy wytrzymać z takimi obostrzeniami cały dzień?
Nie sądzę, skoro wczoraj rozpoczął się proces z powództwa Stanisława Sipy, prezesa OZPN, przeciwko prezesowi klubu piłkarskiego Concordia Dariuszowi Dzwonnikowi, o zniesławienie go podczas zjazdu OZPN, skoro trwa wyjaśnianie okoliczności ubytku ok. 30 tys. zł z kasy związkowej MZGK i śledzenie losów skarbnika tej kasy.
Dziś też nie będzie lepiej w sprawie emerytur pomostowych , o które walczą w Warszawie związkowcy, a szczególnie wśród nauczycieli, którzy nie godzą się na te propozycje.
To osobliwe święto narodziło się w 1973 roku jako odpowiedź na konflikt pomiędzy Egiptem a Izraelem. Możemy to pociągnąć. Wystarczy jeśli przez cały dzień nie wdasz w żaden, nawet najmniejszy konflikt. A zamiast się spierać będziesz emanować łagodnością, pogodą ducha i rozsyłać wszystkim w Twoim otoczeniu serdeczne uśmiechy.
Kraków czy np. Wrocław podjęły rękawicę i promują ten dzień szeregiem imprez, by troszkę umilić nam życie. U nas na razie odnotowaliśmy życzliwość nauczycielki z Bogdanowa, która życzliwie przygotowywała się do opublikowania rubryki życzliwie donoszę. Miłego dnia Ż.
Książę Karol, kończący dziś 60 lat, jest najdłużej czekającym następcą tronu w historii Wielkiej Brytanii – podały media. Inne z kolei mówią, że to nieprawda, bo najdłużej na tron Wlk. Brytanii czekał książę Walii Albert, późniejszy Edward VII – równe 60 lat (1841-1901). Książę Karol na tron czeka 56 lat (od 1952 roku, kiedy jego matka została królową). Królowa Elżbieta woli widać abdykować na rzecz wnuka niż syna, którego ponoć bardzo kocha. Tak to jest z miłością do rodziny i władzy...
Czasem widać warto czekać, a czasem nie warto, a nawet nie powinno się czekać.
Takie postawy preferują niektórzy i u nas, a o przedterminowych wyborach do parlamentu, razem z wyborami na europarlamentarzystów znów się mówi. No, ale skoro najnowsze wyniki mówią o 52 proc. poparcia dla PO, to dlaczego tematu nie podejmować, nawet jeśli to zwykły straszak?
I u nas w Radzie Miasta wydaje się, że pojawiła się nowa tendencja, wraz z wyborem nowego przewodniczącego. Przecież wystarczy dwunastu radnych, by kształtować nową politykę, nową wizję miasta, realizować nowe marzenia.
A może wystarczy tylko prowokacja? Ponad milion egzemplarzy gazety, przypominającej do złudzenia „New York Times” i zwiastującej koniec wojny w Iraku, rozdano w Nowym Jorku i Los Angeles. Chwyciło. Może zatem ogłosić wszem i wobec, że jest już dobrze?
Od kiedy Barack Obama został nowym prezydentem całego świata zrobiło mi się lżej na duszy, bo od tego wielu uzależniało swoje powodzenie na giełdowych rynkach, cenę benzyny i inne doczesne szczęśliwości. Teraz Baracka już mamy i już niektórzy żartują, że będzie nam bliżej do baraku. Ale nie wierzmy tym słowom, jak i tym że zniesiono dla Polaków wizy, bo i owszem ale z trzeciego piętra na drugie. Tak samo głupotą jest twierdzenie, że trzeba będzie przemalować na inny kolor Biały Dom.
I powoli zapomnimy co wygadywała kandydatka na wiceprezydenta Sarah Palin, którą określano po wyglądzie jako zacną bibliotekarkę, grającą po godzinach w filmach pornograficznych. Bo kto może powiedzieć w publicznym wystąpieniu, że Afryka jest... państwem?
I dopiero teraz, po wyborach okazuje się, że niemiecki kuzyn prezydenta kwestionuje miejsce jego urodzenia i pochodzenia.
- Teraz jesteśmy w stanie jak po weselu, wszyscy są rozentuzjazmowani – mówi Zbigniew Brzeziński. - Potem na pewno pojawią się trudności, ale Ameryka nawiąże dialog z Europą – nie ma wątpliwości politolog.[\\\\\\\'p]
Ale to wszystko ucichnie i znów nasi politycy powrócą do ról pierwszoplanowych i to o nich będziemy mówić. Tak jak o PSL, które nie zaprosiło premiera na swój kongres, bo... i tak by nie przyszedł.
Bo po co nam amerykański dream, jeśli mamy własny smrodek?
W „Operze za trzy grosze”Bertolda Brechta, gdzie akcja toczy się w czasach wielkiego kryzysu, szalejącej inflacji, gdzie warto zjeść śniadanie, bo kolacja będzie już droższa, podziemie gospodarcze opanowali... żebracy. Bardziej lub mniej prawdziwi czy naturalizowani. Wyłudzić było łatwiej niż zarobić, zakręcić niż zapracować itp.
Stąd pewnie najnowsze publikacje o tym, jak można było zarobić na katastrofie TW Center czy tajlandzkim tsunami, stąd wyliczenie, ile to straciliśmy lub zarobiliśmy w Iraku.
Nie mogę doszukać się wobec tego odpowiedzi na pytanie czy i nam udało się coś na tym zarobić. A możliwość była, skoro polski dług publiczny wobec zagranicznych wierzycieli wynosi ok. 144 mld zł można było przy wahaniach walutowych zmniejszyć o 23 mld. Gdyby to zmniejszono, to pewnie usłyszelibyśmy w głównym wydaniu dziennika telewizyjnego czy innych wiadomościach.
Warto oszczędzać. Wyliczono ostatnio jak to sami zjadamy naszą planetę. Przeciętny Amerykanin zjada ponoć 9 hektarów, zaś Polak tylko ok. 2 ha. Może są to nieważne informacje ale mogą też pokazać o ile jesteśmy za Ameryką mimo tego niby-kryzysu. Dolar się odbije a my pozostaniemy w swoich klockach.
Bo jeśli rząd amerykański kupi długi banków, to on będzie właścicielem nieruchomości, kupionych za grosze. Może więc czasem warto uchodzić za... żebraka?
- Jak sypiasz podczas takiego kryzysu? - pyta biznesmen biznesmena.
- Jak niemowlę.
- To super.
- Niekoniecznie, w nocy dwa razy rzygam i dwa razy sr...
To nie tylko domena biznesmenów czy polityków, ale i każdego zwykłego człowieka, który gdzieś tam ulokował sobie przysłowiowy wdowi grosz i teraz może go stracić lub znacznie uszczuplić. Może oczywiście zmienić bank na inny, o którego kondycji również nic nie wie. Niech sobie... lokuje.
My też lokujemy swoje nadzieje w naszym mieście, o którym, okazuje się, niewiele wiemy. Bo jak można bezawaryjnie spać podczas takiej, swoistej, rewolucji październikowej, kiedy znów nie przechodzi uchwała o powołaniu nowej spółki komunalnej, kiedy nagle wybierany jest nowy przewodniczący, a zarazem rezygnuje z funkcji dwóch wiceprzewodniczących Rady Miasta. Czy nastąpiła rzeczywiście zmiana rządów w Piotrkowie, czy jest to tylko zwykła korekta?
to chyba nie jest już bessa na giełdzie lecz wręcz giełda na bessie. Bo skoro wybory wygrało PiS, a teraz trzech radnych PiS może być tylko kwiatkiem do kożucha, to może w sezonie zimowym, da się jeszcze utrzymać modę, ale kiedy znów odejdą do garderoby kożuchy, to i kwiatek potrzebny nie będzie.
Ale, jak mówią optymiści, wszystko da się nadrobić. Nawet jeśli okaże się, że jest na to za późno.
Za sprawą ciągle złych wiadomości zaczynam cierpieć na bezsenność. Codziennie atakowani jesteśmy strasznymi wiadomościami z rozmaitych giełd i funduszy o spadku czy nagłym wzroście wartości naszych funduszy czyli oszczędności. A przecież i tak nie mamy na to większego wpływu, skoro pieniądze rozdają ci najwięksi. Fachowcy mówią, że teraz warto inwestować w brylanty. Ale skąd wziąć brylanty?
Po głosowaniu nad sytuacją w MZGK widać, że brylantów nie mamy, ale i tak jest się o co bić. Rozłam w Radzie to nie jest poszukiwanie nowych brylantów lecz grzebanie w tych zawieruszonych, których niestety może nie być. Bo i skąd mają być, skoro źródło wysycha, a nowych nie widać. Nie wiem, kiedy Rada tak się podzieliła, ale może to nie być ostatni jej podział. I jak tu wygrać?
Żeby nie jak minister sportu z PZPN, który przegrał, ponoć wygrywając. Po raz kolejny okazało się, że ważniejszy jest europejski związek niż rządowe zamierzenia.
Jako piotrkowianin z urodzenia martwię się często o to, co dalej będzie nam zagrażać, i nie tylko jako element wypływający z Europy, ale ten nasz, lokalny, swojski lecz wcale nie bardziej przyjazny.
Bo nie wszyscy widzą miasto wizją za 5 czy 10 lat, ale tylko na dziś, kiedy trzeba wyciągnąć z kasy jak najwięcej, bo potem to już nie będzie ważne. Stąd ta moja bezsenność w Piotrkowie.
- Aj, waj, mój syn nie umie grać w karty – skarży się Mosze Mordechajowi.
- No i co z tego, ja też nie umiem, a widzisz, jak żyję – ripostuje rozmówca.
- No tak, ale on gra...
Tak może wyglądać nasza zawierucha finansowa, która nawet ciągle pewnych swej gospodarki Amerykanów przyprawia o palpitacje. Bo pieniądze są ciągle te same, tylko ich wartość i sposób patrzenia się zmienia.
Jeżeli pewna Amerykanka kupiła na Allegro nieduży domek (a właściwie altanę) za niecałe 2 dolary, to może jest to sposób na nasze 3 mln obiecanych mieszkań. Cena nie jest przecież wygórowana, a zysk polityczny ogromny.
Tak jak zysk z zabrania gen. Jaruzelskiemu emerytury wojskowej, skoro może mieć poprezydencką, jeszcze wyższą niż obecnie, bo połowę poborów obecnego prezydenta, czyli niecałe 60 tys. zł.
Zyskiem finansowym może okazać się wykluczenie nas przez FIFA z dalszych rozgrywek, bo i trener ani piłkarze nie zarobią, transport zaoszczędzi, o ewentualnych premiach za strzelone bramki nie wspominając.
Dlatego może lepiej, w dobie kryzysu, nie robić nic, bo ponoć nic się wtedy nie straci. Nie robić bibliotek, murku, wieży ciśnień, orlików, obwodnic i innych rewitalizacji czy modernizacji. Chyba że ktoś się uprze i uzna, że oprócz pieniędzy do stracenia jest jeszcze... twarz.
Coś ta nasza rzeczywistość nabiera tempa, bo skoro jednego dnia słyszę trzy różne wypowiedzi na temat przebiegu dzisiejszej sesji Rady Miasta, to chyba coś się dzieje. Nie ma w programie wyboru przewodniczącego, co nie znaczy, że wyboru nie będzie. Padają na giełdzie przedsesyjnej różne nazwiska, jak choćby radnego Masiarka czy radnego Szokalskiego, a jak będzie – przekonamy się dzisiaj.Początek biegu o godz. 9.
Nowy bieg może rozpocząć się wokół MZGK, którego załoga protestuje, nie wiedząc, co się z nią stanie.
Inny początek biegu nie jest aktualny, bo terminy ponoć kolidują. Ale to nieprawda. Radny Tomasz Sokalski reaktywował stary, tradycyjny już bieg lecz... pewnie byłby to zbyt pozytywny obraz lewicy biegnącej do sukcesu. Niewiele osób rozróżnia nazwę bieg Trybunalski lub Piotrkowski, ale dla naszych polityków ma to znaczenie. Kto kogo wyautuje i kto zostanie zwycięzcą. Skutek będzie mizerny, bo i tak każdy już wie, że to tylko polityka. Nie warto było tak walczyć. Prezes OSiR już się zamoczył... politycznie.
Chyba, że chodzi tutaj o dwóch braci Sokalskich, których można utrącić za jednym razem. Jednego za bieg, a drugiego za Jaracza.
Kiedyś już używałem takiej sentencji wg Andrzeja Bursy, że na spotkanie z nową epoką wyjdzie dziecko pod rękę z idiotą, teraz się to sprawdziło. Szkoda, że to właśnie u nas odbywa się bieg po... rozum.
To był tydzień zbyt wielu złych wiadomości, by uznać go za udany. Krach na giełdach, upadek największego banku amerykańskiego, trzęsienie ziemi w AIG, zamieszanie u developerów, konsolidacje banków w obliczu kryzysu, polityczne przepychanki premiera z prezydentem itp.
I to wszystko tak nagle, jakby nikt wcześniej nie wiedział, że największy bank upada, że w AIG są poważne kłopoty. Widać, że wielka finansjera pudruje trupa dopóty, dopóki się całkiem w truchło nie zamieni, a szaraczek i tak za to wszystko zapłaci.
Tak jak z niby-decyzją o wejściu do strefy Euro, niekonsultowaną z ekonomistami, przedsiębiorcami itp. A kogo dotknie ta decyzja? Nas.
Tak jak ze strajkiem w MZGK. Rozumiem załogę, lecz rozumiem także obawy nas, czyli ciemnej masy, która z tych usług korzysta. Smród, podobnie jak dźwięk, rozchodzi się falą kulistą i dotrze do każdego.
Nie udał się przetarg na komunikację publiczną w mieście. Jedna firma – zależna od miasta ogłasza przetarg, w którym bierze udział tylko jedna firma, także zależna od miasta, i nie ma efektu. No, może poza tym, że wszystko pozostaje po staremu i rozwiązania problemu nie ma. Może kiedyś będzie.
Może pozostaje więc tylko muzyka. Głośna, bo francuscy psycholodzy odkryli, że żeby podnieść obroty w piwiarniach, należy włączyć głośno muzykę. Wzrasta spożycie.
Dlaczego kobiety mają podobno na czole, nad oczami, pionowe kreski, a mężczyźni poziome? To ponoć efekt pytań i odpowiedzi: gdzie są pieniądze – pyta żona, marszcząc pionowo czoło. - Jakie pieniądze? - odpowiada pytaniem na pytanie mąż, marszcząc czoło, wyrażając w ten sposób zdziwienie.
Takie pytania można zadawać wielokrotnie, jak choćby w sprawie kosztów biblioteki miejskiej, której budowa podrożała, lub kiedy dowiemy się o rzeczywistych możliwościach dofinansowania ze źródeł zewnętrznych budowy oczyszczalni, czy o sprawie schroniska dla zwierząt, którą powinna zajmować się aż prokuratura?
A co z pomocą dla mieszkańców gmin Gorzkowice i Rozprza, poszkodowanych przez wichurę, bo skoro urzędnik Urzędu Marszałkowskiego był lub nadal jest na urlopie, i nie przekazano pieniędzy dla gmin, to jest to wystarczającym usprawiedliwieniem?
Powstała nawet pewna gałąź nauki, zajmująca się oceną poziomu realizacji obietnic. Wszystkich, od wyborczych, po okazjonalne. I okazuje się, że poziom ich realizacji nie przekracza 20 procent.
Brakuje wyraźnie 80 procent i może trwające właśnie poszukiwania „czarnej dziury” pozwolą choć trochę z tych procentów odnaleźć. Bo jeśli nie, to nadal pozostanie nam wymachiwanie czołem i brwiami, kiedy ktoś zapyta: gdzie są pieniądze. A tego że ktoś kiedyś zapyta, jest pewien na ponad 100 procent.
No i będziemy mieć zmianę na fotelu przewodniczącego Rady Miasta po wczorajszym wyroku Sądu Administracyjnego. Możliwości odwołania już nie ma, wobec czego minister – poseł Elżbieta Radziszewska triumfuje, bo to jej wniosek doprowadził do takiego finału, a były już radny nie odbiera telefonów i wcale się temu nie dziwię. Bo szary obserwator ani wnikliwy lustrator nie widzi tam czerpania osobistych korzyści przez przewodniczącego. No, ale takie jest nasze prawo.
Niezadowolony z budowy kolejnego pasa na lotnisku Heathrow, działacz ekologicznej grupy Głupi Samolot wybrał sobie inna formę protestu i... przykleił się do premiera Wielkiej Brytanii Gordona Browna. Przez dobre 20 sekund nie można było go od premiera oderwać. - Bardzo bolało – mówi Dan Glass.
Inny, niezadowolony z polityki kandydata na prezydenta USA Barracka Obamy, podążył za nim do Izraela i wyrwał jego karteczkę ze Ściany Płaczu, na których ludzie korespondują ze Stwórcą. Mało tego, treść tej karteczki opublikowała na pierwszej stronie izraelska gazeta „Maariv”.
Walczyć można zatem na różne sposoby lecz czasem nie warto jest być zbyt popularnym. Przekonała się o tym rybka Nemo, bohaterka filmu animowanego”Gdzie jest Nemo?” Liczba sprzedawanych błazenków wzrosła ośmiokrotnie i teraz w licznych kiedyś ławicach są pojedyncze sztuki. Nie wiem więc, czy minister Radziszewska wygrała.
Taką niby przewrotną teorię ogłosili naukowcy z Instytutu Neuropsychologii Poznawczej w Londynie, którzy zastanawiali się czy ludzie nie posiadają przypadkiem wrodzonego systemu numeracji.
Bo przecież w języku plemienia Walpiri niewiele jest słów oznaczających ilość. Jest tam tylko jeden, dwa, trzy i... dużo. A mimo tego tamtejsze dzieci i tak podzieliły ciasto na 7 i 10 kawałków, zostawiając mniejsze kawałki dla misia – pluszaka.
Tak, jak członkowie ludu Piraha z Amazonii, którzy nie mają w swym języku określeń kolorów. I choć nie mają takich słów, to potrafią i tak je określić frazami pomocniczymi, jak krew czy brud. Dodatkowo w ich języku to samo oznacza określenie matki lub ojca.
I jak tu rządzić w takiej społeczności, która może nie zrozumieć kto jest ojcem narodu, a kto matką.
Samorządy (w tym piotrkowski) nie zrozumiały wspaniałości boiskowej akcji „Orlik” i częściowo nie przystąpiły do projektu, bo ministerialny projekt zawierał haczyk finansowy.
Haczyk polityczny zawierały ponoć 54 schody, pokonane przez prezydenta na szlaku wyznaczonym przez premiera. Prezydent się zmęczył i spóźnił. Nie jest to śmieszne, bo wszystko to oznacza, że jesteśmy podatni na nieumiejętność liczenia i patrzenia pod nogi. Polityka nam psieje, bez patrzenia na sondaże.
Widać, że znajomość liczb nie zawsze jest potrzebna, że, niekoniecznie po równo, podzielić może nawet mały Aborygen.
Wakacje nie sprzyjają bystrości umysłu i może szkoda, że teraz właśnie podpisaliśmy się pod tarczą i innymi ważnymi deklaracjami, które będą owocować w przyszłości już bardziej zimnej. Nawet posłowie mają niecodzienne pomysły, których nie ma kto zweryfikować. Poseł Piotr Krzywicki postanowił walczyć z Harmonią, a dokładnie z Harmonią axydridis, czyli pewną odmianą biedronki, która, jego zdaniem zagraża uprawom, człowiekowi i całej ludzkości. Bo ona nie je, ale żre i z tego płynie przepowiednia godna słynnego żuczka Kolorado, czyli stonki zrzucanej nam przez kapitalistycznych Amerykanów na socjalistyczną Polskę. Dzisiaj mamy tarczę i nikt nam już nic zrzucał nie będzie, oprócz rakiet bliskiego zasięgu.
Na karb wakacji i upałów zrzucić należy zamiar wygłoszenia dwóch orędzi, prezydenckiego i premierowskiego, w ciągu jednego dnia. Nikt normalny by tego nie wytrzymał, ale politycy dostatecznie długo wytrzymywali się w szachu. No, ale oni nie muszą być normalni, bo mają władzę, a to usprawiedliwia wszystko.
Od upałów umysł się mąci i kiedy otrzymałem od jednego z przywódców partyjnych zestaw kont pomocy dla poszkodowanych przez huragan spojrzałem na to z podziwem, jak jeden człowiek mógł tak szybko to zorganizować. Podziw prysł, gdy okazało się, że na partyjnym blankiecie wpisał istniejące już numery kont, chcąc sobie zagwarantować splendor na cudzej krzywdzie. Poproszę o tarczę przed tym panem.
Dobrze, że Pierre de Coubertain założyciel i pierwszy prezes Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego nie widzi tego, co stało się z jego ideą olimpizmu.
Jesteśmy już po otwarciu kolejnej olimpiady, zafascynowani wspaniałością pokazu i ogromem wrażeń, jeszcze lepszym niż w Atenach. I właściwie nikt nie odnotował, że nie było tam żadnych motywów „Ody do równości Beethovena, fragmentu sugerowanego przez inicjatora odnowionych igrzysk, ani innych ważnych przesłań. Znowu mamy igrzyska telewizyjne, a nie duchowe, a przecież podczas starych, jeszcze po II wojnie, nominowano także w dziedzinach kultury i sztuki.
Miało być inaczej i w innych dziedzinach, jak choćby zasada „święty rozejm na dwa miesiące”, kiedy wszystkie zwaśnione strony składały broń. Zawodnik, który wygrał igrzyska, stawał się sławny. W jego rodzinnym mieście stawiano pomniki na jego cześć i pisano wiersze. W murze miasta wygranego zawodnika robiono dziurę, przez którą wchodził zwycięzca witany przez mieszkańców. Oznaczało to, że miasto nikogo już się nie obawia, ponieważ ma takiego obrońcę.
A politycy udają, że nie ma sprawy Tybetu, że wojna rosyjsko-gruzińska jest lokalną potyczką. Bardzo mało ostrej, jednoznacznej reakcji.
- Wczoraj zostałem uderzony w twarz. I co, nie zareagowałeś? - pyta kolega. - Zareagowałem. - W jaki sposób? - Spuchłem.
Czy wszyscy już spuchliśmy?
Dzień mamy dziś podobno szczególny i to nie tylko z powodu oficjalnego rozpoczęcia olimpiady w Pekinie , ale za sprawą daty. Trzy ósemki, to trzy razy więcej czegoś, co ze sobą niesie ta liczba. Jeśli niesie.
Ósemkę uważa się za pierwszy sześcian, który ma sześć ścianek i osiem kątów, symbolizując realizm i siłę. Jako najwyższa parzysta liczba podstawowa stanowi ostateczny symbol równowagi.
Według greckiej szkoły pitagorejczyków (V-IV w. p.n.e.) ósemka oznaczała miłość, zaś według Chińczyków jest zarazem symbolem nieskończoności. Ósemka była w Egipcie tak szanowaną liczbą, że do łodzi biorącej udział w świętej procesji po Nilu , zabierającej zwyczajowo siedem osób, zabierano... osiem osób. Uważano ją, jako najwyższą parzystą liczbę, jako symbol równowagi. Może dlatego wielu nowożeńców wybrało sobie na ślub ten szczególny dzień.
A może jesteśmy bardziej praktyczni, bo szereg firm i osób wynajmujących sale udziela rabatów, sięgających nawet 40 zł od osoby, bo przecież to dodatkowy dochód w martwym tygodniu.
O tym, co będzie jutro i jaki będzie rozmiar małżeńskiego szczęścia w przyszłości zdecydować musimy sami i żadne szczęśliwe liczby już nam nie pomogą.
Jeśli jednak coś jest na rzeczy, to polecam wszystkim podjęcie dziś spraw wymagających równowagi, radości itp. Są takie w mieście.
Wczoraj prezydent USA dablju Bush ogłosił, że opozycja w Iraku jest w odwrocie i że ogólnie dobrze jest. Bardzo się tym ucieszyłem, bo dobrze jest, gdy prezydent sojuszniczego kraju coś mądrego powie, to i nam na duszy robi się lepiej. Gorzej, jeśli zrozumiemy, co prezydent powiedział.
Kiedy słyszę co powiedział nasz prezydent i co mu odpowiedział nasz premier, to już całkiem uwierzyć nie mogę w te zapewnienia, że o Polskę tu idzie, a jeśli już, to o jaką. Na pewno nie o taką, na jaką głosowaliśmy, gdzie polityka dla polityki jest ważniejsza od spraw każdego mieszkańca z 38-milionowego kraju.
Pewne nadzieje zacząłem pokładać w najnowszym urządzeniu, które pozwala na odczytanie czyichś myśli. A kosztuje tylko 399 dolarów, czyli niedrogo, jak na taki luksus możliwości zrozumienia bliźniego jak siebie samego.
A jest to taki specjalny kask, który potrafi odczytać nie tylko świadome myśli, ale także nasze emocje czyli złość czy radość.
Tak przynajmniej obiecują inżynierowie z amerykańskiej firmy EMOTIV. Gorzej, uważają, że będą mogli także sterować poczynaniami za pomocą własnych myśli.
I niech się teraz taki kask dostanie w ręce przeciwników Busha lub, nie daj Boże, w polskie polityczne ręce. Koniec tajemnic, jak ta, że Famur i Kopex zamierzają wspólnie podbijać rynki wschodnie. Piomy tam nie ma.
Trybunał arbitrażowy PKOl. Stanął na wysokości zadania i... uniewinnił kluby od afer łapówkarskich. Na chwilę przed nowym sezonem rozgrywek znów zawirowało w końcowych tabelach, a najbardziej skorumpowani chichoczą po cichu. A wszystko to przecież dla kibica, który daje się często dosłownie pokroić na trybunach lub tuż po meczu.
Tak jak dla spokoju sumienia świata aresztowano właśnie byłego przywódcę serbskiego Radovana Karadzica. Właśnie teraz, po poznaniu wyników serbskich wyborów, choć miejsce jego pobytu znano od dawna. Tak jak i innych zbrodniarzy wojennych z drugich stron barykad, tyle że czas na ich schwytanie jest nadal niepolityczny. A kibice i ich rodziny niech czekają 13 lat.
Sejm w formie specjalnej uchwały przeprosi wyborców za zachowanie posłów na środowych obradach komisji regulaminowej i spraw poselskich – zapowiedział Zbigniew Chlebowski po posiedzeniu Konwentu Seniorów. Ciekawe czy tylko za to i czy w ogóle przeprosi, bo właśnie zaczynają się wakacje parlamentarne i komu tam w głowie taki kibic, jak polski wyborca. Będzie ważny za trzy lata. A na razie niech słucha słów o „hańbie”, „uzurpacji”, „końcu demokracji” i „Siczy Zaporoskiej”. Według jednych powrócił „duch Samoobrony”, według innych - „duch Kiszczaka”. Niech słucha i milczy.
A posłowie pojadą teraz na wakacje po ciężkiej pracy. Niektórzy z nich opuścili ponad 300 posiedzeń Sejmu. Co o tym myślisz kibicu?
Mamy najnowszy rozdział do „Dziejów Lejzorka Rojtszwańca” według powieści „Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca” Ilii Erenburga. Mawiał on, że jeśli zwalniają, to będą przyjmować. Tylko kiedy – pytają pracownicy PIOMY, których poraziła nagła decyzja katowickich właścicieli firmy o zwolnieniu 130-140 osób. To nie musi być wcale koniec zwolnień, bo skrzętne ukrywanie ogromu zamierzeń wróży najgorsze. Zwłaszcza, że wciąż nie wiadomo dlaczego do zwolnień doszło.
Dlatego jutrzejsza pikieta pod siedzibą Famuru w Katowicach i poniedziałkowy protest być może przyniosą choć część odpowiedzi. Na szalony sukces bym nie liczył, bo Famur na pewno dobrze to wszystko przeliczył i uznał, że tak będzie lepiej dla całej firmy, a nie tylko dla jakiejś tam Piomy. Ciąg dalszy pewnie nastąpi.
Dlaczego Ilia Erenburg napisał tę książkę? To proste: „Bo gdy jeden Żyd pomyśli o tym, co mogłoby się przytrafić drugiemu Żydowi, to już jest cała powieść” - mówił.
Bo Lejzorek, to pechowy, wiecznie bity „Żydek” z Homla, który wędruje przez świat, zagubiony w świecie, niezdarny w komunikowaniu swoich uczuć, bezradny wobec chamstwa.
I w miłości mu nie szło, i z pierwszą, a zwłaszcza z drugą żoną, która rozwiodła się z nim w kilkanaście godzin po ślubie, zajęła jego pokój i wyrzuciła nieszczęśnika na bruk. Lejzorek przewędrował pół świata. Znalazł się w Polsce. I tak błądzi.
Tragedią króla głupi błazen, tragedią błazna głupi król. Słowa tej piosenki przyszły mi do głowy, gdy usłyszałem wypowiedź ministra od sportu Mirosława Drzewieckiego, który stwierdził, że VAT od boisk w ramach programu „Orlik” samorządy mogą sobie przecież odliczyć. A przecież to nieprawda i szkoda, że minister o tym nie wie, że nie zna przepisów. Widać łatwiej obejść ministra lub bez ministra, niż przepisy.
Od 1 lipca w holenderskich kawiarniach, cofee shopach, obowiązuje zakaz palenia papierosów lecz jednocześnie wolno tam nadal palić marihuanę. Co sprytniejsi mieszają więc teraz marychę z tytoniem i palą, palą, palą. Ustawodawca jest bezradny? Wcale nie. Szef tamtejszego ministerstwa oddelegował w kraj 200 inspektorów, którzy sprawdzać będą co kto pali. Logiczne? Niekoniecznie. Ministerstwo nosi nazwę: zdrowia, dobrobytu i sportu.
Logiczne, jak w dowcipie, mówiącym o tym, że rząd Irlandii chciał za pomocą SMS-ów sprawdzić czy mieszkańcy mają dosyć Polaków. I uzyskał odpowiedź, jakiej się nie spodziewali. 35 proc. odpowiedziało:YES, zaś 65: - Absolutnie k... NIE.
Tak samo wydawać by się mogło, że najwięcej osób porzuca pracę w piątki, gdy mają już dosyć. Otóż, nie. To poniedziałek jest dniem kiedy rzuca się pracę, a nagromadzoną przez weekend energię wykorzystuje na poszukiwanie nowego zajęcia. Dlatego też pracodawcy ogłoszenia o pracy zamieszczają najczęściej w poniedziałki. Do poniedziałku.
Trzy krótkie, trzy długie i trzy krótkie sygnały to znane powszechnie wołanie o pomoc. Od stu lat już wołamy SOS i choć postęp techniczny stworzył inne techniki komunikacji, to SOS przetrwał od 1908 roku.
W czwartek NBP oznajmił podczas konferencji prasowej, że nie będzie „bić Lecha”, czyli dwuzłotówki z Lechem Wałęsą z okazji 25. rocznicy nagrody Nobla. Poszły sygnały SOS z różnych środowisk politycznych i ustalono, że Lech bity nie będzie, choć miał być bity.
Może pewnym ratunkiem dla komunikacji będzie nowa sieć komórkowa skierowana do katolików, jak to zapowiada dyrektor Radia Warszawa i szef projektu kościelnego operatora komórkowego ks. Maciej Chibowski.
Użytkownicy chrześcijańskiej sieci telefonii komórkowej będą dostawać sms-y zawierające m.in.: Słowo Boże na każdy dzień, księgę imion świętych patronów, cytaty z Pisma Świętego, modlitwę brewiarzową dla kapłanów, a także dla zakonów i ludzi świeckich, programy radiostacji i telewizji katolickich.
Szacowana liczba potencjalnych użytkowników to około dwa miliony osób. Organizatorzy nowej sieci liczą na ok. 100 tys. abonamentów w ciągu roku.
Mimo wszystko SOS pewnie przetrwa, bo to najoczywistszy dla wszystkich sygnał o niebezpieczeństwie. I nie przypuszczalnym lecz bliskim i realnym. Dlatego nie wolno go nadużywać, bo spowszednieje i nie będzie właściwej reakcji.
Wzmożony popyt wymusza natychmiastową sprzedaż. Ta klasyczna zasada liberalnej ekonomii – wciąż działa. Przekonał się o tym właśnie pewien Australijczyk.
315 tys. funtów warte było życie według 44-letniego Iana Ushera, który wystawił całą swoją egzystencję na sprzedaż. Na tyle oszacował siebie, ubranie, dom, wyposażenie przyjaciół itp. Ogłosił to w niedzielę, a w poniedziałek, gdy włączył komputer okazało się, że są chętni wcielić się w jego postać. Najwyższa oferta wynosiła 1,9 mln dolarów australijskich.
U nas też wystarczy włączyć komputer wpisać odpowiednie hasło, by zasiąść do lektury książki „SB a Lech Wałęsa”, traktującej także o egzystencji wystawionej na sprzedaż. 4 tysiące egzemplarze książki, o której wiadomo było od miesięcy, to swoista katastrofa marketingowa.
Podobnie jak zachowanie naszych speców od ochrony przed pedofilami, wyrażanej tylko słownie. W tym tygodniu ma swoje pedofilskie święto International Boy Love Day, o czym donoszą ochoczo na swojej stronie internetowej. W wielu krajach zachodnich strona ta jest niedostępna, ale nie u nas,
Wracając zaś do Australijczyka. Aukcja skończy się w sobotę, a szczęśliwiec otrzyma także 19-letni samochód, motocykl z 1986 roku, narty wodne oraz miejsce pracy Ushera w sklepie z dywanami, a sam Usher wyjdzie z domu jedynie z portfelem i paszportem w kieszeni. Donikąd, czyli wszędzie.
Taką przynajmniej opinię ma David Conn, autor książek o futbolu i komentator piłkarski „Guardiana”. Przypomina, że Premier League powstała po to, żeby wzmocnić drużynę narodową, a tymczasem Anglicy nie dojechali do ME, a Chelsea, jako pierwsza drużyna w historii ligi angielskiej, wystawiła do gry jedenastkę samych obcokrajowców. Angielskie społeczeństwo wyraża swoje niezadowolenie.
Inteligentni studiują za darmo. Przy poziomie powyżej 130 IQ są zwolnieni z opłat za studia – orzekł elitarny Uniwersytet Alberta-Ludwiga we Fryburgu. Miał to być swoisty PR uczelni, a skończyło się skandalem, bo okazało się, że testy na IQ są niezgodne z konstytucją. - To, że ktoś jest kujonem nie znaczy, że jest uzdolniony – tłumaczą władze uczelni. Ale kujonom i tak nie wytłumaczą. Co robić?
Mikrofalowa armatka w USA ma zatrzymać każdy samochód. Po co trafiać w kierowcę, czy uzbrojonego w promile pasażera, skoro jedna wiązka armatki wyłącza układ elektryczny i zasilanie. Ale wtedy przestają działać inne urządzenia, jak windy, bankomaty, systemy bezprzewodowe. Tak źle i tak niedobrze.
Trochę jak u nas, gdzie ostatnio coraz więcej środowisk, grup, grupek i podgrupek wyraża jakieś niezadowolenie (trzy sprzeciwy na stronie 3), których nie można pozostawić obojętnie, bo to się mści. Jeśli nie dziś, to za dwa lata. Czasami nawet najwyższe racje są najniższe, według protestujących. I odwrotnie.
Wielki żal mam do Mirosława Orzechowskiego, byłego wiceministra oświaty, że ogłosił potrzebę odbierania polskiego obywatelstwa wszystkim Polakom, którzy walczą przeciwko Polsce. Powszechnie wiadomo, że miał na myśli Łukasza Podolskiego, który nie pozwolił Niemcom strzelić nam ani jednej bramki i osobiście strzelił dwie. Pretensje zaś mam o to, że ogłosił tę groźbę tak późno, bo po meczu. Przecież gdyby zrobił to wcześniej, na pewno noga by Podolskiemu przy strzałach zadrżała, a może nawet strzeliłby samobója.
Patrzę zatem z nadzieją na skład Austriaków (we czwartek po południu nie wiem kto może wygrać)ale nie widzę tam żadnego polskiego nazwiska i groźby M.O. Są wątpliwe.
Dlatego całą nadzieję pokładam w ewentualnych rozgrywkach naszych drużyn w Lidze Mistrzów, gdzie Polak z Polakiem może stanąć naprzeciwko. Mamy bogate zbiory IPN i na każdego można znaleźć notatkę, że z jego pochodzeniem coś jest nie tak, że płynie w nim inna krew. I już ma facet nogi spętane, jak niejeden polityk. Nie strzeli, na mur.
zęść środowiska nauczycieli drżała w środę o to, który z Polaków wygra z drugim Polakiem w konkursie na dyrektora szkoły, i który może stracić obywatelstwo.
Bo przecież czemu nie wprowadzić zasady odbierania obywatelstwa miasta, gminy czy sołectwa. Pewne formy tego już są, ale trwają przeważnie jedną kadencję.
Kazik Staszewski uprawia podobno antymodlitwę, czyli modły o to, żeby nie spełniły się jego przypuszczenia. Zaznacza, że dotyczy to tylko piłki nożnej.
Trudno nie pisać o piłce, skoro podobno w niedzielę początek wielkich emocji. Podobno, bo nie każdy się o tym dowie i nie każdy to wszystko zobaczy.
Zapłać abonament, a nie będziesz mieć możliwości oglądania piłkarskich zmagań w TVP. Tak wydaje się promować nasza kochana telewizja publiczna, choć podobno wynegocjowała z Polsatem trzy minuty skrótów z każdego meczu. Może to i dobra koncepcja, bo rezultat meczów nieznany, a przecież nikt, oprócz sędziów, może nie wiedzieć kto wygra.
Wychodzi na to, że i nawet w sporcie znów przeszkadza polityka, a wiadomo powszechnie, że najlepszy jest rząd którego nie widać, a działa.
Kubeł pomyj wylali radni Lewicy na rządy w mieście, organizując konferencję prasowa w czasie, gdy wszystkie media patrzą na seksaferę. Spodziewając się większej seksafery na lewicy – media dopisały. Seksafery nie było, ale mamy wcześniejszą inaugurację Dni Piotrkowa, uzupełnioną o fragmenty niepisane w żadnym kalendarzu. SLD cel polityczny osiągnął, bo zaznaczył swoją obecność, co zaś się tyczy samych zarzutów, to może być to też formą antymodlitwy, gdzie mówi się o problemach miasta, które lepiej żeby się nie spełniły.
Zazwyczaj bywało tak, że najgorzej miał poseł, który przyniósł złe wiadomości, bo to na nim skupiała się złość władcy. Nutkę wątpliwej radości, opartej na obiektywnych przesłankach, przyniosła jednak wiadomość, że w RPA lwy pożarły opiekuna, który przyniósł im wodę.
Sześć lwów w tamtejszym parku safari pożarło swojego opiekuna – poinformowała południowoafrykańska policja. Zwierzęta zaatakowały 47-letniego mężczyznę, gdy wniósł im do klatki wodę. Policja dodała, że nie było świadków tragedii.
Mówi się o kłopotach z oczyszczalnią ścieków, a pewnie i związanym z tym luźno schroniskiem dla zwierząt, które to ponoć poprosiły o azyl w... Bełchatowie, będą podwyżki cen biletów w „emzetkach”, ma powstać nielubiane kasyno, gdzie i duszę (za Karę) można przegrać, lub wygrać, gdzie nie będzie można zapalić sobie papierosa z zaciągnięciem, a nawet bez, gdzie przybędzie miejsc parkingowych, bo bezpłatny parking stanie się płatny, gdzie trudno jest odpowiedzieć radnemu, podczas sesji na pytanie – gdzie pan pracuje? Jakby sam nie wiedział.
Tym bardziej więc wsłuchuję się w złe i w dobre wiadomości napływające z miasta i zastanawiam kto – kogo może pożreć – lwy opiekuna, opiekun lwy czy też nadejdzie np. słoń i zdenerwowany obydwóch poturbuje, a sam napije się wody. I podobnie jak w RPA nie będzie świadków tej „tragedii”. U nas jednak świadkowie będą. Na to czekają.
Podczas procesu Samoobrony na sali zasiadł psycholog, który miał obserwować Anetę Krawczyk pod kątem jej ewentualnych niewiarygodnych zeznań. Obserwował organoleptycznie, czyli na oko. Zanotował też organoleptycznie czyli w kajecie.
Tymczasem kanadyjscy psycholodzy uważają, że potrafią ustalić, kiedy ktoś kłamie na podstawie mimiki, że żaden człowiek nie jest w stanie zapanować nad miniskurczami niektórych mięśni twarzy. Oj, ci naiwni Kanadyjczycy, pewnie nigdy w Polsce nie byli i bie mogli zmodyfikować swojej metodologii.
Bo jak potraktować wyjazd 15 radnych z Dolnośląskiego do Iraku, kiedy wszyscy musieli zawieźć tam naszą pomoc humanitarną, czyli jakieś tam paczki dla dzieci. I nie widzą nic w tym złego, chociaż podróż trwała 10 dni i jej przypuszczalny koszt przewyższył wartość owej pomocy. Poszli w zaparte i nadal twierdzą, że warto było, ale rzecznik MON nie chce podać kosztów ich pobytu, bo to ponoć tajemnica. Spowiedzi?
Zbyt rozmowny okazał się poseł Palikot i trzeba zawiesić jego członkostwo w PO, a miał przecież nam pokazać całe to Przyjazne Państwo, którego jeszcze nie widzieliśmy. Może już pokazał za dużo i na dalszy ekshibicjonizm nas już nie stać, a może takiego Państwa nie ma, tak jak i nie ma pewnie Państwa Palikotów, skoro pan Palikot zabiega jak by tu alimenty odliczyć sobie od podatku? Dlatego liczę, że kiedyś ci Kanadyjczycy do nas przyjadą.
Egzaminy gimnazjalne za nami, a i matury powinny zbliżać się do końca, a tu coraz częściej powraca ich temat. I to niestety w niezbyt ciekawych konfiguracjach. Egzamin dojrzałości przydałby się czasami... twórcom pytań egzaminacyjnych.
Zinterpretuj na podstawie fragmentu książki sen Izabelli Łęckiej. Takie zadanie otrzymali tegoroczni maturzyści podczas egzaminu z polskiego.
I jak tu właściwie zinterpretować, skoro, tymczasem – jak twierdzą poloniści – bohaterka powieści wcale nie spała, lecz marzyła na jawie.
Podobne wątpliwości wśród specjalistów od matematyki wzbudziło zadanie z wielomianem, podobno trzeciego stopnia, choć nie było to do końca jasne. Jeden z profesorów matematyki nie poradził sobie z tą zagadką.
Tymczasem w jednym z piotrkowskich gimnazjów niepublicznych uczniowie poradzili sobie z egzaminem humanistycznym tak dobrze, że aż dziewięć prac zostało wysłanych do Centralnej Komisji Egzaminacyjnej. Tak podobno były do siebie podobne, że trzeba ustalić, kto pracę napisał jako pierwszy i komu należy się jaka ocena/
Może to znak naszych czasów, kiedy nie trzeba przeczytać całej książki, by ją zinterpretować? Skoro najszybciej w Europie rozwija się język nerdycki, który wzbogacił się w ub. roku o 100 słów, a angielski o 30. To język fanów nowych technologii – same neologizmy i akronimy.
Ostatnie dni minęły nam pod znakiem DNI, a szykują się następne.
Ledwie skończyliśmy Dzień 1 Maja (z flagą lub bez) a nadszedł 2 maja i Dzień Flagi (z flagą lub bez) oraz 3 maja – Święto Konstytucji (z flagą lub bez). Potem cztery dni wolne i mamy 8 maja czyli Stanisława (raczej bez flagi), 9 maja czyli Dzień Zwycięstwa (z flagą lub bez) oraz także 9 maja – Dzień Europy (z flagą lub bez).
Z flagą lub bez, bo każde z tych świąt ma swoich zwolenników jak i przeciwników, może poza Stanisławem, bo tu najwięcej jest obojętnych.
Święto 1Maja nie podoba się prawice, 2 maja – kosmopolitom, 3 maja – lewicowcom, 8 maja – żonom Stanisławów, a 9 maja niektórzy świętują po staremu – 8 maja. Nawet Dzień Europy ma dwa święta 5 i 9 maja. 5 świętują kraje Europy niebędące w UE, a 9 – te będące.
Tak to święta, zamiast łączyć – dzielą, jak dwa spojrzenia na obecną konstytucję premiera i prezydenta.
Ale czekają nas już w przyszłym tygodniu dni może najciekawsze, bo nigdy nie wiadomo czego można się po nich spodziewać. Nawet ktoś, kto oglądał już publiczne golenie damskiego krocza czy gołego faceta całego w żarówkach, nie może być pewien, że wszystko już widział. Mam nadzieję, że nie zajedzie do nas Niemiec Gregor Schneider, który zapowiedział instalację polegającą na umieraniu na oczach widza. Czekają nas DNI Interakcji (z flagą lub bez).
W „Nature Neuroscience” czytamy, że 7 sekund wcześniej obszary kory przedczołowej przewidują, co zamierzamy zdecydować. Tak przebiega proces planowania, a dopiero pół sekundy wcześniej podejmujemy decyzję, o której mózg wie od 7 sekund.
Może są to przydatne informacje wobec ostatnich protestów mieszkańców ul. Norwida/Belzackiej w sprawie przewidywanej zabudowy terenu czy ostatni sprzeciw, dotyczący przewidywanego schroniska dla zwierząt (wcześniej na Granicznej). I jedni i drudzy twierdzą, że o takich planach dowiedzieli się w ostatniej chwili, gdy plany zabudowy zaczęły już widnieć na papierze.
Mieszkańcy chcą znać swoje prawa i chcą je egzekwować. Podobnie jak miasto, które chce i powinno inwestować na własnych terenach.
Nie ma algorytmu mówiącego kto jest ważniejszy: interesy miasta czy interesy grupy mieszkańców.
No, chyba że żylibyśmy w Szwajcarii, gdzie właśnie Federalna Komisja Bioetyki przedstawiła raport o godności roślin. Według niego niszczenie trawy jest niemoralne a zrywanie kwiatów – barbarzyństwem. Bo zapis konstytucji gwarantuje zachowanie „godności wszystkich istot” i dotyczy również roślin.
My, mieszkańcy Polski i Piotrkowa, nie powinniśmy jednak brać tego pod uwagę i walczyć o godność po swojemu. Sprzeciwem lub protestem.
Kiedy słyszę o nieudanych próbach zmian w PZPN i braku możliwości powiedzenia wielu starym działaczom: do widzenia, to przypomina mi się teoria chaosu. Tylko ona daje czasem nadzieję.
W latach 60. ubiegłego wieku pojawiła się teoria chaosu, która uważana jest za jeden z kluczowych punktów zwrotnych w rozumieniu świata i rządzących nim praw. Jej twórcą był zmarły właśnie amerykański meteorolog prof. Edward Lorenz. Jego koncepcja chaosu deterministycznego polegała na udowodnieniu, że nawet mikroskopijne i pozornie nic nieznaczące zmiany prowadzą do skutków w wymiarze planetarnym. Zakłada ona, że nawet motyl latający w Brazylii może spowodować zakłócenia w atmosferze prowadzące do tornada w Teksasie.
Efekt motyla to taki wyrok odłożony w czasie, o którym wiadomo że nadejdzie, lecz nie wiadomo kiedy.
Może tak być z zamiarem zabudowy placu przy Norwida/Kobyłeckiego. Jeśli nie TBS, to spółdzielnia lub prywatny nabywca znajdzie sposób na to, by tam coś postawić. Zwolenników i obojętnych będzie i tak więcej niż protestujących.
Jak w Ameryce, gdzie odkryto „dobrą i humanitarną metodę egzekucji” skazańców. Sądy nigdy nie zajmowały się zgodnością z konstytucją mieszanki chemicznych substancji. Wszystkie amerykańskie stany, poza jednym, używają mieszanki... trzech różnych substancji.
Jutro obchodzić będziemy kolejną 27 rocznicę lotu na księżyc. Jurij Gagarin był tam 12 kwietnia 1961 roku przez 1 godzinę i 48 minut i to mu wystarczyło nie tylko po to, by stać się sławnym i spocząć po śmierci pod kremlowskim murem, ale i po to, by zaraz po powrocie nie wiedzieć, co ze sobą zrobić. Marmurowy pomnik za życia ciężki jest i nie każdy go może unieść. Gagarin go nie uniósł i zginął po pijaku w samolocie przez siebie prowadzonym.
Mirosław Hermaszewski niebawem obchodzić będzie 30-lecie swego lotu na Księżyc i nikt mu nie odbierze miana Polaka, który był najwyżej. - Nikt tego nie zrozumie, kto znalazł się w innym świecie – mówi astronauta. - Brak koordynacji ruchów, to najgorsza przypadłość.
Ten brak koordynacji owocuje nieskładnością poczynań, i jak twierdzi Hermaszewski – nie można wtedy brać pod uwagę, tego co podpowiada mózg, ale to, co widzą oczy. Ano właśnie. U nas brak koordynacji też czasami widać, jak by spojrzeć np. na niby-rondo. Szum jest, dyskusja też, a decyzji nie ma. Tu jednak gwiezdny pył nas nie zasypie, bo presja jest coraz większa i decyzja, lepsza lub gorsza, musi się zrodzić. Nawet kosmiczna.
Mieliśmy 30. urodziny telefonu komórkowego i w chwilę później 15. urodziny spamu. Jedne chciane, inne niechciane. Dlatego w napływie wiadomości wolałbym czasem, żeby przychodziły do mnie same spamy, bo ich nie otwieram i kasuję. Z wiadomościami jest gorzej.
Kiedy 1 kwietnia rankiem usłyszałem w radiu o tym, że zabrano nam organizację EURO 2012, pomyślałem, że to żart, tyle że czarny. Gdy jednak zobaczyłem nagłówek w jednej z bulwarówek, trochę mnie zmroziło. Na szczęście okazało się, że obie redakcje wpadły na podobny pomysł, a może wylansowały go wspólnie. Mimo wszystko odetchnąłem.
Duży oddech wziąłem, gdy okazało się, że traktat lizboński głosowany będzie w Prima Aprilis. Kto potem powie, że to nie był żart? Senackie głosowanie 2 kwietnia sprawę ostatecznie ponoć wyjaśniło, choć zapowiedź skierowania sprawy do Trybunału Konstytucyjnego znów zawirowała ostatecznością rozwiązań.
Za żart uznałem wiadomość, że 1 kwietnia pewien Malezyjczyk rozwiódł się dwa razy. A to była prawda, bo obydwie żony uznały, że mają dość. Malezyjczyk przyjął decyzję z godnością i zapowiada ponowny ożenek. Oczywiście z inną panią.
Dlatego też usilnie poszukuję daty wygłoszenia wypowiedzi przez przedstawicieli piotrkowskiej prawicy, którzy zaproponowali Platformie mecz w piłkę nożną. Pokonany musi jednak zobowiązać się do głosowania wszystkich uchwał w Piotrkowie, tak, jak wskaże mu zwycięzca. Ze strony Platformy padło zapewnienie, że to ona wygra mecz.
A póki co, premier Tusk nazwał jednego z braci Kaczyńskich... potworem. Potem się tłumaczył, że tylko potworem... ciasteczkowym.
Platforma nas ugrilluje przy okazji Traktatu – mówi jeden z posłów PiS.
- Przeczołgamy PiS – mówią liderzy Platformy. Nie zakiwamy się – broni się Jacek Kurski – poseł PiS. I wierzę w happy end – dodaje.
- Platforma obiecała nam pożywne jajeczko, a wyszła z tego pozbawiona treści wydmuszka – skarży się Ludwik Dorn...
I w takim to nastroju, bogatym werbalnie, przeszliśmy od nastroju świątecznego do nastroju wiosennego grillowania.
Kto kogo przegrilluje – na razie nie wiadomo, choć z reklamówki telewizyjnej sieci Biedronka może wynikać, że i tak będzie kiszka – jak mówi tam smażąca się na grillu kaszanka.
Władza zajmuje się bardziej sobą niż nami, a np. podczas środowej dyskusji o sytuacji w służbie zdrowia na sali sejmowej było pusto. Może wszyscy byli chorzy? Aż boję się napisać na co.
Bo może być, że i na głowę. Poseł PO Jan Rzymełka chciałby, żeby w Domu Poselskim, oprócz automatu z chipsami stały automaty z kanapkami, a internet bezprzewodowy to już konieczność. I tak pewnie będzie, skoro poseł prosi.
Kaplica jest za mała i za duszna i kapłan musi się przebierać na oczach posłów – lamentuje poseł Jerzy Budnik, a sejmowy basen nie ma monitoringu. A jeśliby poseł się zachłysnął? - pyta dramatycznie.
No rzeczywiście. Zachłysnął się już niejeden poseł. Sodówą.
Stwórca wiedział chyba co robi, wyznaczając Noego do potomnego zadania zabrania na pokład przedstawicieli wszystkich niepływających gatunków. Jak mówi Biblia, Noe był upadłym alkoholikiem i jako taki mógł podjąć się niewyobrażalnego zadania. Ratując świat, ratował także siebie i to skutecznie. Taka boska kwestia zaufania i wiary, dająca możliwość zmartwychwstania.
W ostatnim czasie pisaliśmy m.in. o sukcesie Międzyosiedlowej Halowej Ligi Piłki Nożnej, a przed tygodniem o nagrodzie 800-lecia dla Stowarzyszenia Wzajemnej Pomocy Abstynenckiej „Pałacyk”. To nie takie proste, gdy trzeba szukać wszędzie pieniędzy, nie załamywać się i wszystko zorganizować, kosztem czasu własnego i na dodatek społecznie. Nie każdego stać na taki wyczyn. Chyba kogoś, kto ratując świat, ratuje siebie.
Czas przedwielkanocny powinien sprzyjać nastrojowi zadumy nad zjawiskiem Zmartwychwstania, ale z paru powodów wcale tego nie widać. Kolejny szum, wokół zarzutów o molestowanie chłopców przez ks. Andrzeja, spory o preambułę traktatu lizbońskiego, to tylko dwa najnowsze przykłady. Czy zawsze trzeba najpierw upaść, żeby móc potem powstać?
Noe dokonał swego dzieła, a nawet więcej. Z pierwszych zbiorów winogrona zrobił pierwsze wino i tak się nim upił, że gdy leżał goły i tak zobaczyli go jego synowie, postanowił już nigdy nie pić. I słowa dotrzymał. Tak, jakby zmartwychwstał.
Na razie jest nieźle i te 60 procent poparcia w sondażach dla Platformy Obywatelskiej mnie nie przeraza. Boję się jednak, co to będzie gdy zbliży się do 100 procent, a nawet tę granicę przekroczy. Takiej jednomyślności, to nawet demokracja może nie wytrzymać.
Bo już teraz można pomyśleć, że inne partie jakoś się zagubiły, gdyby nie to, że choć nie ma ich w sondażach, to przy lub przeciw władzy są. Wczoraj miała zapaść decyzja w sprawie Traktatu Lizbońskiego czyli naszej mniejszej lub większej samodzielności w ramach Unii. Nie znam jeszcze wyników, lecz skoro PiS i LiD razem głosowały w Sejmie za taktyczną przerwą, to coś jest na rzeczy. Zrodziła się nawet obawa o zerwanie obrad.
Ktoś też śmiał zaglądać do zaległości alimentacyjnych W. Pawlaka, co do tej pory było nie do pomyślenia, a powód zaległości alimentacyjnych nie rodzi się z dnia na dzień. Trzeba poczekać parę miesięcy. Najlepiej dziewięć.
Aplauzu dla wiodącej w sondażach partii nie przewiduję, a nawet założyć można eskalację wzajemnych ataków. I to nie tyle w ramach obrony demokracji, co obrony własnych szeregów partyjnych.
A może nie ma się czym przejmować, skoro Miss Belgii została Alizee Poulicek, która nie zna języka flamandzkiego, którym posługuje się 6 mln Belgów w tym trójjęzycznym kraju. Popularność i piękno może ważniejsze są od możliwości komunikowania?
Co mówi kobieta wychodząca z łazienki? - Zobacz jak ładnie wyglądam.
Co mówi facet wychodzący z łazienki? - Na razie tam nie wchodź
Tego typu dowcipy pojawiają się nieczęsto, ale raz w roku jest taki sezon. To Dzień Kobiet. Kiedyś podobno międzynarodowy, a nawet podobno tylko komunistyczny. Jak by nie patrzeć, było na co popatrzeć, zwłaszcza jak to faceci wracali późną porą ze złamanym goździkiem, symbolem pamięci o tym Dniu.
Dziś wprawdzie goździki są jakby rzadsze i ustąpiły miejsca innym dowodom pamięci i mniej jest osłabionych libacją macho, ale nadal jest to dzień dziwny. I to nie tylko dla panów, ale i dla coraz bardziej wyemancypowanych kobiet.
Wyemancypowanych i zdobywających coraz to nowe terytoria. Także w strukturach Urzędu Miasta, gdzie o inwestycjach myśli kobieta, o funduszach unijnych także, podobnie jak panie od kultury i promocji, w biurze planowania i rozwoju, USC, TBS, BOM, referacie spraw obywatelskich i nie są to pewnie wszystkie stanowiska obsadzone przez kobiety.
Zarzuty o brak równouprawnienia nie obronią się przed żadnym sądem, chyba że sędzią będzie... kobieta.
Dlatego, drodzy panowie, chociażby w tym dniu schodźcie paniom z drogi, a na pytanie kto rządzi w domu odpowiadajcie jak kiedyś prezydent Wałęsa: ja nie rządzę, ja panuję, jak królowa angielska.
Czy można pokochać ślimaka, czy lepiej mieć kota czy psa...? - Takie teksty piosenek dla dzieci słyszałem przed laty i teraz część z nich powróciła, gdy słyszę o wyższości podniesienia murku na rynku lub opuszczenia murku w dół. Takie dziecinne pytania, dotyczące osób, pieniądze. Wtedy łatwo jest lansować koncepcje, wymyślać fajerwerki. Jeśli miałbym dużo pieniędzy, to fontanna w stołowym nie byłaby problemem, a jakuzi w czytelni też żadnym. Ciągle jednak mi brzmi pytanie Tewiego Mleczarza – gdybym był bogaty.
Zaskoczył mnie premier Tusk, zapowiadający likwidację dotacji państwowej dla partii politycznych. Szlachetne to bardzo i wielu temu przyklaśnie, jeśli to rzeczywiście się zdarzy i nie będzie obejmować Platformy. Przeciwników strału we własną stopę będzie chyba sporo.
Tak jak zapowiedź uznania Kosowa, ogłoszona natychmiast, a odwlekana oficjalnie.
Pytanie tygodnia: czy bardziej kochasz Serbów czy Albańczyków? Nie wiem, bo przed ponad 20 laty na plażach w Budwie, przy domasznej rakiji tego podziału nie było widać, ani słychać, bo serbsko-chorwacki różnił się pisownią, a nie fonetyką.
Jak by nie patrzeć, swoją postawą strzeliliśmy sobie w stopę, albo w tę po stronie albańskiej, albo serbskiej. Nie ma neutralnej stopy.
Dlatego też niekiedy trzeba pomyśleć, że warto i czasem ślimaka pokochać, bo kto wie, co z niego wyrośnie.
Postawienie w stan gotowości naszego wojska poskutkowało. Amerykanie rozstrzelili własnego satelitę szpiegowskiego i już szpiegował nie będzie, ani ich, ani nas, ani nikogo. Pojawiają się głosy, że była to demonstracja siły i możliwości technicznych, choć inne mówią, że Chińczycy od dawna to przerabiali. Najważniejsze, że satelity nie ma i nasi żołnierze znów mogą powrócić do obrony granic, z których wielu już nie ma. A było tyle szumu.
Tak jak wokół udoskonalania Rynku Trybunalskiego. Kiedy już powstały widoczne zarysy koncepcji, powstał szum, że to niewarte kosztów i całej idei itp. W poniedziałek ma odbyć się narada na ten temat, choć zbyt wiele zrobić teraz nie można, bo przepadną unijne fundusze.
Czasem potrzebna jest cisza. Taka myśląca, lub ku temu zmierzająca. Wciąż nie doceniamy świata ciszy. Tam czasem słychać najwięcej, a dowiadujemy się o tym nazbyt późno.
Pojawił się hit reklamowy. Dwóch głuchoniemych jedzie na mecz do kolegi, także głuchoniemego. Wjeżdżają w ulicę, ale nie znają numeru domu. Naciskają wielokrotnie na klakson. W nocnej ciszy rozświetlają się domostwa, szczekają psy, ludzie złorzeczą. I tylko w jednym domu jest cisza. To tam mieszka ich znajomy, niesłyszący. Hit Ameryki.
Niesłyszący chichoczą ciszej, ale odbierają rzeczywistość o wiele realniej. Dlatego czasem wśród głosów gawiedzi warto stanąć obok i posłuchać najzwyklejszej... ciszy.
Krystyna Kofta, zapytana kiedyś, co myśli o zdradzie małżeńskiej powiedziała otwarcie: owszem, tak, tylko co potem zrobić z ciałem? Zabrzmiało jak z kryminału, choć widać nie wszyscy się tym przejmują. Andrzej Lepper ma podobno, na odpowiednie zaproszenie, pojechać do Rosji, by śledzić przebieg tamtejszych wyborów. Pewnie prześledzi i powie nam, gdzie byłyby najlepsze blokady. Ale cóż, zaproszenie ma, jest prywatną osobą i może robić co mu się podoba. Nie tak, jak wybrani przez nas politycy, którzy są jakoby na naszej służbie.
Cóż, każdy ma takiego trupa w szafie, jakiego sobie uhodował.
Tak jak pewien minister, który wyhodował sobie laptopa, podlewał go i doglądał, aż musiał go zamordować, by nie dostał się w obce ręce. Cóż za okrucieństwo dziejowe.
A może by tak za główny cel postawić sobie same dobre uczynki? Sonja Lybomirsky, pani psycholog ze Stanford University, przeprowadziła badania, z których wynika, że nawet drobne gesty wpływają pozytywnie nie tylko na odbiorców, ale na nas samych. Mało tego, procentują także w kontaktach z innymi.
We Wrocławiu postanowiono sprawdzić jak zadział dzień 21 listopada, czyli Dzień Życzliwości, którego idea narodziła się w 1973 roku, jako odpowiedź na konflikt między Egiptem a Izraelem. Uznano wtedy, że data, jak data, każda jest dobra, by żyć w zgodzie.
Bo okazuje się, że ludzie dobrze nastawieni żyją dłużej.
Amerykańscy naukowcy zaczęli obserwować tamtejszego trznadla, który strasznie kombinuje, aby spodobać się samiczce. Kiedy czuje, że zbliżają się walentynki, zaczyna się stroić, by stać się atrakcyjniejszym. Potrafi nie tylko przybrać inną barwę piórek, eksponując szczególnie te żółte, których na co dzień nie ma, ale nawet potrafi stworzyć wrażenie, że jego upierzenie posiada właśnie duże grochy. Im większe – jego zdaniem – tym lepiej. I ponoć samiczki to kupują.
I jak tu się ustroić, wobec dzisiejszej wizyty premiera Tuska u prezydenta Putina? Rosja, podobnie jak Polska, jest kobietą, walentynka też, podobnie jak wojna kłótnia, awantura z jednej strony, a zgoda, akceptacja, tolerancja, z drugiej.
Walentynkowy nastrój, który może towarzyszyć tej wizycie, niczemu tu nie zaszkodzi. Najwyżej zajmą się tym potem naukowcy i badacze dziejów.
Jak nie szkodzi kolibrom żarogłowym, przywołującym oczekiwaną samiczkę. Naukowcy z University w Kalifornii sprawdzili, czym ten koliber tak wabi. I dopiero w tunelu aerodynamicznym okazało się, że on wcale nie śpiewa serenady, ale specjalne piórka w ogonie, o długości 4 mm wprawia w taki rezonans, że samiczce wydaje się to pięknym śpiewem. I niech tak uważa.
Życzymy więc premierowi udanego ćwierkania, lecz niech pamięta, że zalotnemu kolibrowi, po wyrwaniu tych cennych piórek, po miesiącu odrastają nowe.
Premier Tusk „ma taki wybór: albo znajdzie sposób na realizację, albo jeżeli jest człowiekiem honoru, to po prostu poda się do dymisji, odejdzie, i to z polityki na zawsze” - uważa Jarosław Kaczyński. Taka sobie przyjacielska porada.
Pozytywne emocje czy empatia, które wiążą się z pozytywnymi z szybkimi i mimowolnymi ruchami twarzy u ludzi narodziły się długo przed narodzinami rodu ludzkiego – stwierdzili naukowcy z University of Portsmouth. Najprawdopodobniej odziedziczyli je po wspólnych przodkach naszych małp.
Naukowcom łatwo jest coś takiego ogłosić, bo nie żyją w naszej społeczności.
- Obywatele mają prawo egzekwować od rządzących zapowiedzi wyborcze – oświadczył prezes PiS, a wielu zauważyło to o wiele wcześniej. Stąd protesty tylu środowisk. Oczy zwrócone mamy na celników, a przecież to tylko koniuszek całej sprawy. Na początku są np. transportowcy, których jest ponoć 110 tysięcy firm, a żyje z tego ok. 5 mln osób. To jest dopiero siła.
Dlatego, jeśli słyszę o kolejnych środowiskach domagających się podwyżek, to wydaje mi się, że premier obiecując wszystko w kampanii wyborczej trochę jakby wrzucił g... w wentylator, a teraz dziwi się, że się popryskało.
Małpy, podobnie jak ludzie, potrafią zarażać się śmiechem – mówią naukowcy. U nas jednak bardziej potrafią zarażać się nienawiścią, lepiej niż przedstawiciele naczelnych.
Kraków zażądał sobie, by uroczystości związane z bitwą pod Grunwaldem odbywały się nie w nieznanym nikomu Grunwaldzie, ale w mieście Kraka. To nic, że dzieli je ok. 500-600 km, ale idzie o to, że to do Krakowa trafiły wówczas zdobyczne chorągwie. Może ugrają i wtedy okoliczności nie będą już tak ważne. Tak jak te, dlaczego Tusk pozostawił Kamińskiego w ponoć nieprzyjaznych mu służbach.
Czasem ważniejszy jest postulat, niż jego spełnienie. Nauczyciele, ratownicy, górnicy i wszyscy obecnie przygotowujący się do protestów proszeni są o precyzyjne formułowanie swoich postulatów, gdyż dopiero wtedy można o coś walczyć i nawet to wszystko wywalczyć. Nawet bez walki.
Tak jak zrobili to właśnie modele i modelki we Włoszech, pozujący na co dzień w jednej z uczelni artystycznych. Oni po prostu przyszli do pracy ubrani i tak pozostali. Nie chcą mieć płacone za godziny w pozostawaniu bez ubrania, ale chcą pracować na etacie i mieć 25 euro za godzinę, jak golasy na etacie. I jak tu wtedy ich malować – krzyczą kandydaci na artystów?
Krzyczą też policjanci, którzy za niedopilnowanie zbiegłego aresztanta dostaną trzy lata, a sam zbiegły aresztant może dostać tylko dwa lata odsiadki. Piotrków znów będzie sławny, nie tylko za sprawą naszej dwuzłotówki, ale też dzięki A. Lepperowi. To dzięki niemu znów dziś zjadą do miasta wszystkie stacje tv. Będą kwiaty i... splendor?
Czy można być pozytywnie niezadowolonym? Można! Sam taki jestem, kiedy widzę, że niemożliwe jest możliwe.
Jednym z największych odkryć minionego roku było ustalenie, że Amerykę zasiedlono wcześniej, niż powszechnie sądzono. Teoria kultury Clovis rozpadła się w pył za sprawą zastosowania nowej techniki radiowęglowej i pozbawiła stanowisk wielu orędowników tamtej teorii. Trzeba będzie na nowo pisać podręczniki. Ich autorzy będą na pewno pozytywnie niezadowoleni.
Może warto tę technikę zastosować w lokalnych warunkach. Trudno już oglądać programy publicystyczne, gdzie premier jest niezadowolony ze spotkania z prezydentem, a prezydent wątpi w sens wypowiedzi premiera podczas tego spotkania. Przepychanka, która do niczego nie prowadzi, no, chyba że tą drogą ma być droga sądowa. Pozytywnie niezadowoleni będą np. adwokaci.
I dlatego zafrasowałem się początkowo, kiedy radny Jan Dziemdziora, a zarazem przewodniczący rady osiedla Słowackiego-Północ, dowiedziawszy się, że w tym roku pieniędzy z miasta dla tych rad będzie mniej, trochę się zdenerwował. Jednak uspokoiłem się, gdy swoje niezadowolenie wyraził słowami: nie narzekam, ale wpadłem w pozytywne niezadowolenie.
Co to oznacza? Że trzeba będzie poszukiwać innych źródeł pieniędzy, a najlepiej pośród innych, pozytywnie niezadowolonych. Oni są motorem postępu. Pozytywnym.
Bałagan rozprasza myśli, skłania do odkładania spraw na później, pozbawia inicjatywy. Według Feng Shui, jeśli grzęźniemy w stosach rupieci, nie jesteśmy zdolni ani do racjonalnego, ani twórczego myślenia. To sentencja z wtorku, kiedy to, 8 stycznia, mieliśmy Dzień Sprzątania Biurka.
Popatrzyłem na swoje biurko i aż mnie zmroziło. Nie mam widać w sobie energii Feng Shui i daleko mi do tego. Turbowałem się jednak tylko przez chwilę, bo zabrałem się za lekturę prasy codziennej, i wyczytałem, że w resorcie kultury sprzątanie biurka, to wcale nie najważniejsza sprawa. Tam biurko sprzątają chyba całorocznie, skoro wyliczyli, że na 2008 rok trzeba przygotować 75 wieńców pogrzebowych, dla wybitnych artystów, którzy jeszcze żyją. Dobrze, że nie podali do publicznej wiadomości listy oczekujących. Boję się jednak, że będą śledzić na bieżąco stan zdrowia swoich „kandydatów”.
Wszystko można przy biurku policzyć, nawet to, kiedy padnie szpital, który obiecał lekarzom 7,5 tys. zł pensji. A pielęgniarki?
10 mln zł zarobi Skarb Państwa na WOŚP, i to nic nie robiąc. Jeśli co czwarty z nas, wiedziony chęcią pomocy, wyśle jednego tylko esemesa, to 22-procentowy VAT przyniesie taką kasę. Owsiak pomaga, a Państwo? Tam to mają biurka. Złote.
Chrześcijanie mieszkający w Reeves, amerykańskim mieście w stanie Luizjana, od początku lat 60. ubiegłego wieku skarżą się na przyznany ich miejscowości telefoniczny prefiks „666”, który jest jednocześnie biblijną „liczbą bestii”. Czekali ponad 40 lat i teraz ich noworoczne życzenie ma się spełnić. Warto być czasem cierpliwym.
Dlatego dziwię się niecierpliwości niektórych, że mimo obietnic premiera przymrozki jednak nas dotknęły. Trzeba poczekać do czerwca i tyle.
Sam też zmarnowałem dwa dni, sylwestra i Nowy Rok, żeby wydobyć z siebie jakieś przyrzeczenie, chociaż jedno. Przecież nie będę sobie przyrzekał rzucenia palenia, skoro jest to takie proste, nie mówiąc o codziennym myciu zębów, bo przecież to czynność automatyczna.
Bo noworoczne postanowienia są bardzo miłe, pozwalają nam się rozmarzyć o tym, jak to będzie, kiedy to wszystko się spełni. i zazwyczaj taki błogostan trwa i trwa aż do 2 stycznia. A potem jest już coraz gorzej, i każdy dzień niespełnionych obietnic owocuje jedynie moralnym kacem. Lepiej najzwyczajniej wziąć się do roboty.
Choć mieszkańcy Reeves uważają inaczej. Według burmistrza Scotta Walkera decyzja o możliwości zmiany prefiksu na 749 była „boską interwencją”. Do Siego.
Pewien Amerykanin, cierpiący na brak funduszy na świąteczne prezenty, wystawił na aukcji internetowej swoją duszę. Zażądał za nią miliona dolarów, lecz na razie nie pojawili się chętni. Nie zna chyba historii doktora Fausta i Mefistofelesa.
Bo wiadomo, że odpowiedni prezent jest w stanie oczarować każdego. Także każdą samicę. Tak wykazały testy DNA delfinów, żyjących w dorzeczu Amazonki. Te nietypowe w świecie zwierząt zachowania odkryli uczeni z Brasilies Nationals Institute of Amazonian Research. Delfiny zabiegały u partnerki, przynosząc wybrankom wodorosty, patyki albo glinę. Dotychczas uważano, że tak poświęcić się mogą tylko dwa gatunki: człowiek i szympans. A tu proszę, jeszcze delfin.
I jak przy tym wygląda pomysł pewnego Japończyka, który skonstruował świecące ozdoby świąteczne bez użycia prądu? No może nie całkiem bez, bo do zasilania użył... elektrycznego węgorza. Opinii węgorza nie znamy.
Przed świętami warto czasem pomyśleć o oczekujących nas szczęśliwościach, pamiętając jednak o tym co napisał Franz Grillparzer, austriacki dramaturg z przełomu XVIII i XIX wieku: - Bóg nie zdejmuje ciężarów, wzmacnia tylko plecy. Może więc być wodorost, patyk czy glina, ale przydaje się też dusza. Własna.
Słynny miś Knut z berlińskiego zoo obchodził właśnie pierwsze urodziny. Zasłynął zaś z olbrzymiej popularności oraz z tego, że gdy zauważył spadek liczby odwiedzin zaczął symulować chorobę, którą lekarze absolutnie wykluczyli. Tym samym znów wzrosło zainteresowanie odwiedzających, i miś Knut osiągnął swój cel. Znów jest gwiazdą. Małe oszustwo opłaciło się, a miś został najlepiej „zarabiającym” zwierzakiem świata.
Sobowtóry domagają się ochrony BOR. „Super Express” napisał, że były premier Jarosław Kaczyński zachowa ochronę Biura Ochrony Rządu tylko dlatego, że jest... uderzająco podobny do prezydenta. A co z innymi podobnymi? - Zgrabna i dobrze wyszkolona borowiczka to byłoby coś - śmieje się Eugeniusz Jędrzejczyk, sobowtór Lecha Wałęsy.
Uczeni z Uniwersytetu w Brukseli wyprodukowali sztuczne karaluchy, które oszukały prawdziwe. Prawdziwe poszły za sztucznymi również tam, gdzie nigdy nie chodziły, nawet do światła.
Za tydzień i trochę święta. Trzeba strzec się fałszywych zbieraczy pieniędzy za opłatki, jak to miało ostatnio miejsce, oraz innych podejrzanych sytuacji. Od fałszywych życzeń trudno nam się będzie ustrzec i co najwyżej, żeby się lepiej poczuć, możemy obdarować bliźniego swoimi, naciąganymi życzeniami.
Zbliża się czas świąteczny, kiedy to wypadałoby zacząć stopniowo się wyciszać, zajrzeć sobie do środka, spróbować zaczerpnąć nieco energii z resztek słońca czy okruchów księżyca. I rozmawiać, rozmawiać z bliźnim.
A tymczasem okazuje się, że języki giną szybciej niż zagrożone gatunki. Co dwa tygodnie ginie jeden język, a właśnie umiera kolejny, bo językiem meksykańskich Indian z plemienia Tobasco posługują się dwaj ostatni Indianie. Problem w tym, że oni wcale nie chcą ze sobą rozmawiać.
Niektórzy wolą jednak rozmawiać za czyimś pośrednictwem, np. sądu lub prokuratury. Rozmowa bezpośrednia nie wchodzi już widać w grę, bo miasto niewielkie i można się na siebie niechcący natknąć. Wtedy pozostaje albo milczenie, albo krzyk, albo rękoczyny.
Dobrze, że nie jest na razie tak, jak w Estonii, gdzie były burmistrz Mustulec został skazany za próbę zabójstwa radnego. Wynajął zabójcę i zapłacił mu 3 tys. dolarów. Ten jednak poszedł na policję. Widać też ewidentnie się nie porozumieli.
Wracając zaś do owych meksykańskich Indian, to może oni zaczęliby ze sobą rozmawiać, gdyby wiedzieli, że pewien Australijczyk... nie ma z kim rozmawiać, bo nikt, oprócz niego nie zna języka emurag.
Sprawiedliwie nie znaczy po równo. Małpki kapucynki nie dają się oszukiwać i nie wezmą smakowitego winogrona, jeśli jej koleżanka za tę samą pracę nie dostanie tego samego smakołyku. Wolą wspólnie zjeść nielubianego ogórka, niż delektować się winogronem. I odwrotnie. Czują się oszukane, gdy za tę samą pracę jedna dostanie winogron, a druga ogórek. U nich poczucie sprawiedliwości doszło chyba do absurdu.
Jak u nas, gdy prezydent wygłosił mowę rocznicową, oprócz dwóch pań radnych nikt nie zabrał głosu, ani za, ani przeciw. To tak, jakby każdy zgodził się solidarnie zjeść ulubione winogrono lub nielubianego ogórka. I to tylko po to, by ten drugi nie poczuł się urażony. Po co się odzywać, skoro za milczenie lub brak milczenia Rada Miasta zapłaci te same pieniądze.
Nie trzeba dużo zarabiać, żeby być zadowolonym z wynagrodzenia. Wystarczy, że koledzy mają niższą pensję. Tak wygląda spór między ekonomistami, a psychologami społecznymi. Pierwsi uważają, że wysokość wynagrodzenia jest najważniejsza, a drudzy, że ważniejsze jest, że zarabia się więcej niż inni – twierdzą naukowcy z uniwersytetu w Bonn.
O co właściwie chodzi? Przecież to tylko brzuszne prążkowanie, czyli część układu nagrody umiejscowionej w mózgu. To tam trzeba zaglądać. Przed nagrodą i awansem.
Jeszcze przed wyborami niektórzy śmiali się, że Donald Tusk, kiedy zostanie premierem, wprowadzi zakaz przymrozków a tu proszę, ledwie objął urząd i już mamy cud. Cud piłkarski. Premier ustanowił poniedziałek Dniem Radości Narodowej. To jakoby na znak awansu do finałów ME w piłkę nożną, co nam się jeszcze nigdy nie udało. Warto więc może prześledzić listę naszych marzeń, których jak dotąd nie udało się spełnić. Wtedy takich dni byłoby więcej, nawet 365. Mogą być duże dni, jak choćby: Dzień Otwarcia Sulejowskiej, Dzień Renowacji Dworca PKP, Dzień Podzamcza, Dzień Jednomyślności Radnych czy Dzień Nowego Miejskiego Stadionu.
Są już przecież Dni bez Supermarketów a mogą być też dni nieco mniejsze, a nawet malutkie, jak ten w minioną środę, kiedy obchodziliśmy światowy Dzień Życzliwości, zwany przez niektórych Dniem Pozdrowień. A przecież może być także dzień Podwyżki Płac, dzień Uczciwości, dzień Bez Podatków itp.
Trudno nie zauważyć, że niektóre Dni zwyczajnie kłócą się ze sobą i mogą się wzajemnie eliminować, bo trudno jest pogodzić przeciwstawne interesy. Jak Dzień Bez Papierosa z najnowszą ofertą cmentarną. Na cmentarzu północnym w Warszawie wprowadzono właśnie 10 procentową, posezonową obniżkę cen. Takie dni Rabatu Odłożonego w Czasie.
Pracownik ma patrzeć w oczy rozmówcy i to przynajmniej przez pięć sekund. Jeśli zauważy zdenerwowanie petenta, natychmiast powinien przenieść wzrok na jego brwi. Taką instrukcję obsługi otrzymali pracownicy ZUS i mają się do niej stosować, a wszystko to dla naszego dobra, czyli owych petentów.
Kontakt wzrokowy jest nieodzowny, gdyż jeśli urzędnik będzie go unikał, zostanie odebrany jako niekompetentny, co natychmiast osłabi wizerunek ZUS.
Tu regulamin określa precyzyjnie czas testowania drugiej osoby, choć nie zawsze tak się dzieje.
Wystarczyło 36 sekund, by prezydent się przekonał i kandydat na premiera został rzeczywiście premierem, zaś około kwadransa trwało przekazanie przyszłorocznego budżetu na ręce piotrkowskiej rady. Ile trwać będzie zatwierdzenie dokumentu – zobaczymy.
Trochę dłużej trwa formowanie rządu, przy pewnym sprzeciwie prezydenta, a pewnie jeszcze dłużej trwać będzie uzgadnianie czy podatek ma być bardziej czy mniej płaski, podobnie jak ustalanie parytetów władzy w komisjach i podkomisjach.
Kłopotem może też być KRUS, gdzie rolnicza składka liczona jest wg ceny kwintala żyta. Ta cena spada, a koszty opieki zdrowotnej rosną. I jak to pogodzić? Zostaje chyba owe pięć sekund patrzenia na petenta.
Niewinny były wicepremier stracił wczoraj, w mediach, sporą część nazwiska i trochę twarzy, gdyż pozostało mu tylko: Andrzej L. oraz zasłonięte oczy. Może się nadal uśmiechać i patrzeć, bo właśnie odkryto na czym polega tajemnica atrakcyjności. Zdaniem brytyjskich naukowców tajemnica tkwi... w umiejętności patrzenia.
Okazało się, że człowiek patrzący prosto w oczy może być nawet osiem razy atrakcyjniejszy od osoby, która odwraca wzrok.
Ciekawe o ile atrakcyjniejsi są nowi szefowie TBS, MZK, MZDiK, OSiR, Rzecznik Konsumentów, trener Piotrcovii itp., od innych kandydatów ubiegających się o posady. Może bardziej potrafią się uśmiechać, bo gwarancją sukcesu - twierdzą ci sami naukowcy - jest dołożony do szczerego spojrzenia szeroki uśmiech. Ot i cała tajemnica sukcesu, choć czasem trzeba być bardzo cierpliwym. Niektórzy czekają, czekają i... aż czkają.
Nie znikają uśmiechy z ust oczekujących na posady w centrali, w łódzkich urzędach i instytucjach, jako beneficja po wygranych wyborach. Swoje chce wziąć Platforma, swoje PSL, będą zmiany w sejmiku. Już słychać głosy, że jeżeli wszyscy o tym marzący pójdą na wyższe stanowiska, to zabraknie kadry na lokalne posady. Dlatego głowa do góry, uśmiech numer osiem i wzrok przed siebie. Będzie atrakcyjnie.
W polityce nie ma zawieszenia broni, walka trwa permanentnie. Skończyły się jedne wybory, a trzeba przygotowywać się już do następnych. Wojciech Olejniczak uratował kobietę z płonącego mieszkania, co może być mu zaliczone. Na poczet.
Niemal pewny kandydat na premiera, którego partia ma tworzyć rząd, gwałtownie stracił poparcie. A stało się to za sprawą nagrania wideo, które obejrzało już ponad 200 tys. internautów. Na stronie You Tube można obejrzeć nagranie z posiedzenia parlamentu, podczas którego namiętnie dłubie sobie w uchu, po czym zjada wydobytą zawartość.
- Toż to polityczny sabotaż naszej partii – bronią się politycy Partii Pracy, a Kevin Rudd, sprawca zamieszania, odmawia komentarza. To na szczęście w odległej Australii.
U nas jest chyba spokojniej, chociaż. - Część PiS namawia prezydenta, by zwlekał z powierzeniem Donaldowi Tuskowi misji tworzenia rządu, a potem wskazał innego kandydata na premiera. Wszystko po to, by nowy gabinet nie przyjął budżetu i doszło do wyborów – twierdzi Jarosław Gowin z PO. PiS zaprzecza.
Rzeczpospolita dowiedziała się, że warszawska spółka informatyczna Pentacomp wprowadza na rynek system analizy powiązań na podstawie dokumentów. Może przeszukiwać prywatne bazy danych, np. e-maile czy pliki tekstowe. Na poczet?